Latarnia morska i słów kilka o UK

Latarnia morska
W drodze do latarni znów zdarzyło się to, co zdarza się na każdym kroku — Anglicy witają się z mijanymi nieznajomymi.
Ogólnie angole są strasznie uprzejmi. Przedwczoraj u Ani i Skoty była impreza, byli też ich angielscy znajomi. Z rozmowy z Hannah dowiedziałem się, że oni są tak po prostu wychowywani od dziecka, aby ciągle mówić dziękuję, przepraszam, dzień dobry… Dla Hannah troszeczkę dziwne było to, że jeśli w Polsce na ulicy jakiś nieznajomy zagada innego nieznajomego, zostanie odebrany jak jakiś świr (wyobraź sobie, że podchodzi do Ciebie jakiś koleś i mówi, że masz świetną koszulkę, albo że mamy ładną pogodę). Tutaj, idąc ulicą, na każdym kroku można być zagadanym. Ludzie przechodząc obok uśmiechają się do Ciebie, pomachają jak robisz z daleeeka zdjęcie jakiegoś widoczku… Kierowcy przepuszczają Cię na przejściach, ustępują sobie pierwszeństwa na wzajem (i bez żadnych zgrzytów jeździ się tu „metodą zamka błyskawicznego”)… w prawdzie jeżdżą trochę na wariata po mieście i parkują gdzie popadnie, ale… Jedno co mnie drażni, że NIE jeżdżą z zapalonymi światłami całą dobę — wczoraj prawie wlazłem pod samochód (wtapiał się w tło i nie zauważyłem go).
Oczywiście nie jest tu idealnie. Pierwsze co się rzuca w oczy to żarcie — ceny i sposób w jaki jest sprzedawane. W sklepie masz winogrona popakowane w torebki, banany to samo, jabłko pokrojone i zafoliowane na tacce. Poza tym jest dużo żarcia typu „babeczki”, ciastka itp. Masa cukru. Ceny takiego zwykłego żarełka są +\- takie same jak w Polsce, tyle że w funtach (zatem jakieś 4x drożej). Pepsi 2l w sklepie na dole: £1,99, czteropak w Morrisonie (prawie jak Real): £4,25. Aha! Mają tu Lidla!





















