Rozmiar ma znaczenie

prawiejakfotograf.pl

Ile osób, tyle opinii na temat popularnego stwierdzenia, że „rozmiar ma znaczenie”. Tym razem na tapecie Nikon Nikkor 35 mm f/1.8G AF-S DX, czyli nie dość, że stałka 35 mm, to jeszcze obiektyw dedykowany aparatom o formacie zbliżonym do APS-C (o różnicach między DX a FX rozpisywałem się tutaj). Ja używałem go z pełną klatką. Moja opinia? Jestem zachwycony, dziękuję, można się rozejść… ;)

A tak na poważnie… Jak widać poniżej, do portretowych zdjęć się to maleństwo średnio nadaje, ze względu na perspektywę przy tej ogniskowej, która robi psikusa i zniekształca trochę bliskie obiekty. Do zdjęć grupowych jest to już jednak całkiem akceptowalne. Obiektyw winietuje na pełnej klatce, ale rzekłbym że to raczej jego urok niż wada. Ostrość jest dobra, choć sam autofocus mógłby był szybszy. Głębia ostrości przy pełnej dziurze jest dla bliskich obiektów niewielka, ale nie jest zbyt mała (wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane przy f/1.8). Dystorsje są do zniesienia i łatwe do skorygowania. Obiektyw jest tani, dobry i lekki, przyzwoicie rysuje na pełnej klatce – można założyć i nie ściągać przez długie tygodnie.

PS. Już widzę oburzenie części osób, ale porównałbym go do Sigmy 30 mm f/1.4 EX DC HSM podpiętej do DX (bo Sigma niestety nie daje rady na pełnej klatce).

Zapora w Myczkowicach

#Bieszczady, #Myczkowice, prawiejakfotograf.pl

Ostatni dzień i ostatnie miejsce w Bieszczadach, też odwiedzone po raz drugi, bo przecież byliśmy już na skałkach w Myczkowicach. Tym razem znaleźliśmy się tu z powodu jedzenia – restauracja Myczkowianka miała na tyle dobre opinie, że przyjechaliśmy tu ze Średniej Wsi, gdzie była bardzo ciekawa cerkiew (zdjęcia tylko komórką robiłem) – może 20 km to nie dużo, ale po drodze na pewno było jakieś żarcie. Warto było. Jedzenie bardzo dobre, ludzi masa, kolejki są, jedzenie wydane dość szybko (chociaż nie było wydane jednocześnie nam wszystkim i jak ja kończyłem swoje, to ktoś z nas dopiero otrzymał swoje danie, ale można to jakoś przeżyć – być może to dlatego, że kucharze byli na meczu). To była zdecydowanie najlepsza restauracja podczas tego wyjazdu i chyba najtańsza nawet. Potem poszliśmy na zaporę, która nie jest tak oblegana jak ta w Solinie (nie oszukujmy się, wrażenie też robi mniejsze), ale wydaje mi się, że warto to zobaczyć.

Z zapory przegnała nas nadchodząca burza…

No i tyle z naszej wizyty w Bieszczadach. Wielu miejsc się nie udało odwiedzić, bo nie wystarczyło czasu, innych się nie chciało odwiedzać, a jeszcze inne były na liście „to do”, ale miały mniejszy priorytet niż misja szukania jedzenia i zwyczajnie odchodziły na dalszy plan, podczas gdy my szukaliśmy jakiejś jadłodajni.

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.

Ruiny klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu

#Bieszczady, #Zagorz, prawiejakfotograf.pl

Końcówka zwiedzania, czyli powroty do miejsc, których nie zdołaliśmy odwiedzić wcześniej. Do ruin klasztoru próbowaliśmy dojść drugiego dnia wizyty w Bieszczadach, ale niestety nie udało się czasowo wyrobić. Może to i lepiej, bo przy drugim podejściu pogoda była znacznie lepsza. Po drodze jest droga krzyżowa, też ciekawa chociaż niespójna ze sobą. Na miejscu w klasztorze jest wieża widokowa z prawdziwego zdarzenia (w sensie współcześnie wybudowana). Samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu przy ulicy, potem jakiś kwadrans piechotą. Ciekawe, czy Ciebie też będzie bulwersować martwy ptak na zdjęciu…

Nie rozumiem za bardzo dlaczego, ale spora część ludzi zwracała mi uwagę, że martwy ptak na zdjęciu to coś dziwnego. Serio? Jak dla mnie to jest bardzo interesujący obiekt, wydaje mi się też, że nie ma tu nic niestosownego ani tym bardziej obrzydliwego. No po prostu martwy ptak, takie rzeczy się zdarzają.

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.

Połonina Wetlińska

#Bieszczady, #Wetlina, #poloninawetlinska, prawiejakfotograf.pl

W końcu na tym naszym urlopie wybraliśmy się w góry. Dawno nie miałem okazji połazić, więc zapomniałem już jak to jest, a przez tą pieprzoną poprawność polityczną nikt mi nie zwrócił uwagi, że góry, nawet takie jak Bieszczady, nie są dla grubych ludzi! Naszą „wspinaczkę” rozpoczęliśmy od strony Brzegów Górnych o godzinie 9:00 (parking 12 zł, od razu się kupuje też bilety „do parku”, toalety bezpłatne). Po drodze mijało nas wielu ludzi, co już po kwadransie zaczęło budzić mój niepokój i to już nie tylko dlatego, że wszyscy się z nami witali (na szczęście nikt nie chwalił się co tam zjadł na śniadanie i takie tam), ale dlatego że a) wszyscy idą z drugiej strony, b) wszyscy zaczęli wędrówkę kilka godzin temu (a ja się cieszyłem, że całe nasze towarzystwo się z łóżek zwlekło przed siódmą). W pewnym momencie nawet miałem myśl, że może oni dali za wygraną i zawracają!? Ale nie… spotkaliśmy i takich, co nas podziwiali, że decydujemy się wejść od tej strony… wtedy zrozumiałem… :P Ostatecznie jednak nie było tak źle i po mniej więcej godzinnym kryzysie, kiedy każde z nas chciało przynajmniej dać Andrzejowi klapsa w dziąsło, doszliśmy do w miarę równego terenu i dalej już jakoś szło ;) Wyprzedzali nas emeryci, renciści i listonosz (na urlopie był, spokojnie). Muszę przyznać, że chyba Andrzej miał rację – podejść stromo, schodzić łagodnie w Wetlinie. Na górze byliśmy w schronisku, gdzie napiliśmy się czegoś ciepłego (podziwiam pana za ladą – na hasło „dwie herbaty, dwie kawy czarne, jedna biała” odwrócił się i zniknął bez słowa na dłuższą chwilę, po czym wrócił i okazało się, że niczego nie pomylił) i poszliśmy dalej (na górze toaleta jest, ale płatna 2 zł). Z Wetliny trzeba było jakoś wrócić do samochodu – to nie jest problem, kursują busiki na osiem osób, po 6 zł za głowę (do Brzegów Górnych, nie wiem jak dalej). Całkiem spoko… W ogóle to taka ciekawostka – w sklepie w Wetlinie mieszkańcy są obsługiwani poza kolejką ;) (napis głosił, że lubią turystów za to, że mają czas, hehe).

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.