Cztery pory roku: jesień

#bieszkowice, prawiejakfotograf.pl

Każdy fotoamator przez to przechodził, niektórym już tak zostaje do końca, wydaje się to mega nudne i oklepane, ale mimo wszystko, jak tylko nastaje jakaś pora roku, a już w ogóle jesień, to większość z nas chwyta za aparat i udaje się do lasu lub parku, by upolować charakterystyczne dla danej pory roku kolorki… Wiadomo, najpiękniejsza jest złota polska jesień (założę się, że w innych krajach jest ona równie piękna, no ale wiesz…), potem będzie pierwszy śnieg, potem pierwsze zielone listki, a latem… no właśnie, co będzie latem? Wracając jednak do jesieni, pamiętam dosłownie od lat… a to mój kumpel, a to moja żona, a to ludzie na jakimś tematycznym forum, zawsze ktoś mówił „trzeba się wybrać na kolorki, bo to ostatnie słoneczne dni” i tak w zasadzie co roku jesienią się mobilizowałem, żeby ruszyć dupę z aparatem. Nie inaczej było tym razem.

Nawiasem mówiąc, na miejscu nie byliśmy sami, ciekaw jestem jak wyszły inne zdjęcia (zwłaszcza, że niektórzy byli porządnie wyposażeni np. w kalosze, idealne na panujące warunki). W ogóle dla mnie takie sytuacje są trochę głupie, bo idziesz gdzieś z aparatem, stajesz w tym samym miejscu, gdzie minutę temu zdjęcie robił ktoś inny i w zasadzie to nie wiem, czy takie zdjęcie to dzieło, czy może już raczej jakaś kalka. Podobno, w niektórych punktach widokowych na świecie, są już nawet w konkretnych miejscach wytarte ślady od nóżek statywów ;) Tym razem to ja byłem tym „zgapiającym”, ale naprawdę ciężko być na miejscu i nie sfotografować charakterystycznego mostku z kłody czy innych brzózek…

PS. „Co papugujesz!” powiedziała do mnie żona, w 32 sekundzie, kilka lat temu (właśnie z tego samego powodu):

Zapora w Myczkowicach

#Bieszczady, #Myczkowice, prawiejakfotograf.pl

Ostatni dzień i ostatnie miejsce w Bieszczadach, też odwiedzone po raz drugi, bo przecież byliśmy już na skałkach w Myczkowicach. Tym razem znaleźliśmy się tu z powodu jedzenia – restauracja Myczkowianka miała na tyle dobre opinie, że przyjechaliśmy tu ze Średniej Wsi, gdzie była bardzo ciekawa cerkiew (zdjęcia tylko komórką robiłem) – może 20 km to nie dużo, ale po drodze na pewno było jakieś żarcie. Warto było. Jedzenie bardzo dobre, ludzi masa, kolejki są, jedzenie wydane dość szybko (chociaż nie było wydane jednocześnie nam wszystkim i jak ja kończyłem swoje, to ktoś z nas dopiero otrzymał swoje danie, ale można to jakoś przeżyć – być może to dlatego, że kucharze byli na meczu). To była zdecydowanie najlepsza restauracja podczas tego wyjazdu i chyba najtańsza nawet. Potem poszliśmy na zaporę, która nie jest tak oblegana jak ta w Solinie (nie oszukujmy się, wrażenie też robi mniejsze), ale wydaje mi się, że warto to zobaczyć.

Z zapory przegnała nas nadchodząca burza…

No i tyle z naszej wizyty w Bieszczadach. Wielu miejsc się nie udało odwiedzić, bo nie wystarczyło czasu, innych się nie chciało odwiedzać, a jeszcze inne były na liście „to do”, ale miały mniejszy priorytet niż misja szukania jedzenia i zwyczajnie odchodziły na dalszy plan, podczas gdy my szukaliśmy jakiejś jadłodajni.

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.

Ruiny klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu

#Bieszczady, #Zagorz, prawiejakfotograf.pl

Końcówka zwiedzania, czyli powroty do miejsc, których nie zdołaliśmy odwiedzić wcześniej. Do ruin klasztoru próbowaliśmy dojść drugiego dnia wizyty w Bieszczadach, ale niestety nie udało się czasowo wyrobić. Może to i lepiej, bo przy drugim podejściu pogoda była znacznie lepsza. Po drodze jest droga krzyżowa, też ciekawa chociaż niespójna ze sobą. Na miejscu w klasztorze jest wieża widokowa z prawdziwego zdarzenia (w sensie współcześnie wybudowana). Samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu przy ulicy, potem jakiś kwadrans piechotą. Ciekawe, czy Ciebie też będzie bulwersować martwy ptak na zdjęciu…

Nie rozumiem za bardzo dlaczego, ale spora część ludzi zwracała mi uwagę, że martwy ptak na zdjęciu to coś dziwnego. Serio? Jak dla mnie to jest bardzo interesujący obiekt, wydaje mi się też, że nie ma tu nic niestosownego ani tym bardziej obrzydliwego. No po prostu martwy ptak, takie rzeczy się zdarzają.

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.

Tarnica

#Bieszczady, #Tarnica, #Wolosate, prawiejakfotograf.pl

Kolejnego dnia, pamiętając że góry nie są jednak dla grubych ludzi, ograniczyłem się do odstawienia załogi na miejsce, sam zaś leniuchowałem. Miejscowość Wołosate, dalej praktycznie nie ma już niczego. Parking ok 11:00 był jeszcze w miarę wolny, koszt o ile pamiętam 13 zł. Dalej są jeszcze jakieś dzikie miejsca lub wzdłuż drogi ludzie parkują, ale przy tych mijających się busikach lepiej było zapłacić niż zbierać lusterko z ulicy. Poza tym przy parkingu była bezpłatna toaleta oraz drewniany stół z ławkami. Ja skupiłem się na czytaniu, Andrzej na nawigacji i łączności. Mówił, że 1,5h się wchodzi. Krótkofalówki się względnie sprawdzały (chociaż jak weszli w gęsty las, to dupa zbita), zasięgu sieci komórkowej brak. Po 3h, kiedy to zdążyłem już przeczytać pół książki, zwiedzić toaletę i sklep, a nawet zaliczyć drzemkę w aucie, udało się nawiązać łączność ze szczytem :) Na jednym z tych zdjęć widać zresztą parking i przy powiększeniu 1:1 (oryginału) widać dużą czerwoną kropkę między rzędami samochodów – to ja, zdalnie sterowany krótkofalówką ;) (oczywiście w tych warunkach łączność była bardzo dobra mimo odległości 3,5 km). Wrócili po ponad 5h, zdążyłem się jeszcze zdrzemnąć. Nie muszę chyba dodawać, że zdjęcia robiła tym razem tylko Dorota – dlatego jest ich tak dużo (wszystkie mi się podobają, nie byłem w stanie zrobić ostrzejszej selekcji).

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.