Światło

Celbowo, pomorskie, Poland, prawiejakfotograf.pl

W fotografii najważniejsze jest światło, bo jak sama nazwa wskazuje, to właśnie tym światłem rysujemy. Kiedy umawiam się na zdjęcia na godzinę 9:00 lub 19:00, to nie dlatego że nie mam co robić rano lub w planach mam spanie do 16:00. Chodzi o światło, konkretne światło w konkretnym miejscu, gdzie się umawiamy, o konkretnej godzinie i konkretnego dnia roku, przy konkretnej pogodzie. Nawiasem mówiąc, z tego względu nie lubię jak ktoś dzwoni umówionego dnia i mówi „a może trzy godziny wcześniej”, lub spóźnia się dwie godziny – jeśli zaplanowałem zdjęcia na godzinę przed zachodem Słońca, to nie wiem jak byśmy się starali – będziemy mieć godzinę (i tylko godzinę), jeśli zdjęcia mają być rano, a ktoś je przesuwa na południe, to pozdrawiam serdecznie (najchętniej powiedziałbym wówczas „no to innym razem”). Oczywiście posiłkuję się aplikacjami, które pozwalają mi na podstawie miejsca i czasu wyznaczyć pozycję Słońca, dzięki czemu wiem jakie światło mogę na miejscu zastać. Właśnie z powodu jednej takiej aplikacji zaplanowałem sobie pobudkę na 3:00. Kwadrans później, moja niczego nieświadoma żona została postawiona na nogi, ubrana i po kolejnym kwadransie zapakowana do samochodu. Niestety pogoda zepsuła mi to, co chciałem dziś osiągnąć (nie pierwszy i nie ostatni raz), ale poranna kawa o czwartej nad ranem, nad Zatoką Pucką nam to zrekompensowała.

Tak w ogóle, to dziś próbowałem swoich sił w kręceniu wideo. Jeśli ktoś myśli, że mając jako takie podstawy fotografii da się łatwo filmować, bo przecież używa się do tego tego samego aparatu, to jest w błędzie… co widać poniżej ;)

PS. Oczywiście to nie jest tak, że ja nie robię spontanicznie zdjęć w samo południe w bardzo słoneczne dni, bo mi światło nie odpowiada – robię, ale wiem jakie to niesie ze sobą ograniczenia.

Workflow

Według koalicji WFMC (ang. WorkFlow Management Coalition) workflow to:

Automatyzacja procesów biznesowych, w całości lub w części, podczas której dokumenty, informacje lub zadania są przekazywane od jednego uczestnika do następnego, według odpowiednich procedur zarządczych.

Wikipedia

Może i słowo workflow nie jest tu idealnym słowem na określenie procesu, ale oddaje mniej więcej to, o czym chciałbym dziś Wam napisać. Oczywiście całość będzie w kontekście zdjęć. Jakiś czas temu pisałem o archiwizacji i backupie zdjęć, czas zdradzić Wam jak wygląda mój workflow. Ten proces to lata praktyki i nauki na własnych błędach, na pewno nie jest doskonały, na pewno jest upierdliwy, ale jest też względnie skuteczny – mimo, że w pełni amatorski (ciekawe jak wygląda workflow zawodowego fotografa). W zasadzie nie powinienem Wam go zdradzać, ale… może komuś oszczędzi to nieco nerwów, czasu i pieniędzy – a co mi tam!

Wszystko zaczyna się od wykonania zdjęcia…

Przede wszystkim backup. Pierwszy backup dzieje się w aparacie, ponieważ ma on dwa gniazda pamięci i ustawiłem sobie go tak, aby zapisywał na obie karty kopię plików 1:1. Niestety nie wszystkie moje aparaty mają taką możliwość, ale nie od razu Kraków zbudowano. Po skończonej sesji uruchamiam TrueCrypta aby uzyskać dostęp do szyfrowanego1) dysku na który zgrywam zdjęcia (tak, szyfruję dyski ze zdjęciami, tak, używam rzekomo dziurawego TrueCrypta 7.1a). W momencie, gdy uzyskuję dostęp do mojego dysku „X” jedna z kart ląduje w czytniku i uruchamiam import plików z karty SD za pomocą Lightrooma, w trakcie którego zmieniają się nazwy plików i budują się pliki smart previews2) – same zdjęcia konwertowane są do plików dng. Importuję wszystkie pliki (zazwyczaj nie bawię się w selekcję w aparacie) do lokalizacji X:\FOTO\ (to w zasadzie nie ma znaczenia). Po zgraniu zdjęć karta ląduje w pudełku i czeka na koniec procesu (trzeba mieć odpowiednią ilość kart, żeby z dnia na dzień nie trzeba było ich czyścić na kolejną sesję).

Następnie przychodzi czas selekcji i obróbki. Selekcja jest najtrudniejsza… czasami wystarczy wywalić parę nieudanych zdjęć, czasem mimo ich wyrzucenia nadal jest problem – jeśli jest problem przechodzę do naszego opatentowanego ;) systemu flagowo-gwiazdkowego. Po selekcji następuje kolejna zmiana nazw plików (uproszczenie). Obróbka wygląda różnie i na to nie ma zazwyczaj uniwersalnej recepty. Obrobione zdjęcia eksportuję do chmury (Flickr) oraz na kolejny (inny) dysk zewnętrzny, część trafia także do internetów, zdarzyło mi się też zrobić odbitki – wszystko w zależności od potrzeb.

Jako, że pliki ze zdjęciami zawsze konwertuję do formatu dng, które trzymają całą obróbkę w sobie (Lightroom może zapisywać w pliku bezinwazyjnie dane o zastosowanej obróbce), po skończonej pracy nad daną sesją wykonuję backup już obrobionych plików dng. Używam do tego programu Karen’s Replicator (lubię go, ustawisz raz i po prostu działa). Podłączam drugi szyfrowany dysk i robię backup. Dopiero po wykonaniu tego backupu usuwam zawartość z kart SD. Dodatkowo, co jakiś czas, biorę dysk i udaję się w tajne miejsce (za siedmioma górami, za siedmioma lasami), gdzie znajduje się… trzeci szyfrowany dysk ze zdjęciami. Zamieniam dyski, wsiadam w srebrną strzałę i wracam do domu. Podłączam drugi dysk, odszyfrowuję wszystko, backupuję…

Jednym słowem: PARANOJA ;)

Ile mnie ta paranoja kosztuje? Oczywiście trzeba było kupić dwa dyski zewnętrzne i jeden wewnętrzny słusznych rozmiarów. Jednorazowo to jest spory koszt, ale nie trzeba tego robić na raz! Poza tym dyski są zaszyfrowane, więc muszę je odpowiednio podmontować (co z wpisaniem hasła zajmuje mi 10 sekund) i odmontować (5 sekund). Import w Lightroomie zdefiniowałem raz i z głowy (cała konwersja, zmiana nazw, dzielenie na katalogi wg dat robi się samo, ja tylko klikam „importuj” co zajmuje mi 5 sekund) – oczywiście import potrafi trwać i godzinę, ale to nie moje paranoje mają na to wpływ). Kolejne montowanie dysków, uruchomienie kopiowania na dysk zewnętrzny… niech będzie 20 sekund (czasu kopiowania nie liczę, bo robię wówczas coś innego). Przenoszeniem dysków między lokalizacjami też nie zaprzątam sobie głowy – robię to przy okazji (nie jest to główny cel mojej wycieczki z punktu A do punktu B). Cała misterna operacja zajmuje mniej niż 5 minut mojej uwagi.

Ile zyskuję? Święty spokój… Nie martwię się (za bardzo) uszkodzeniem dysku, utratą laptopa, zalaniem go, totalnym padem systemu czy wirusami. Minimalizuję ryzyko świecenia oczami w przypadku, gdy zabrałem aparat na rodzinną imprezę, a dane by przepadły.

Czy to pewne? I tak, i nie… im więcej mamy zabezpieczeń tym większe skomplikowanie procesu, więc i większe ryzyko popełnienia błędu. Trzeba się pilnować i myśleć dwa razy. Zawsze też dane mogą ulec uszkodzeniu na dysku źródłowym i nie zauważymy tego, kopiując uszkodzone dane na dysk zapasowy (posiadanie dwóch dysków zapasowych daje nam jeszcze jakieś szanse).

Dla mnie po prostu moje zdjęcia są ważne (nawet jeśli nie przedstawiają nie wiadomo jakiej wartości artystycznej) – tyle i aż tyle.

Dobra rada wujka owca: błagam – kupcie dysk firmy robiącej dyski twarde, a nie tylko przyklejającej logo na dysk. Pamiętajcie też o bezpiecznym odłączaniu urządzenia na USB! Dodatkowo bardzo zalecam aby zdjęcia przechowywać w katalogach wg lat, miesięcy i dni – możecie dodatkowo po dacie w nazwie katalogu napisać „Urodziny cioci”, ale niech tam będzie na początku data! To Wam bardzo ułatwi poruszanie się po zdjęciach. I jeszcze jedno – nie zgrywajcie zdjęć raz na dysk, raz na pulpit, raz do dokumentów, bo w najlepszym wypadku tylko narobicie bałaganu a w najgorszym coś stracicie!


1) Szyfrowanie dysków po tym, jak Edward Snowden zdradził nam to i owo wydaje się bezcelowe, zwłaszcza TrueCryptem, który miał problem z przejściem jakiegoś audytu bezpieczeństwa, czy coś takiego (używam od dawna, bo nie chce mi się myśleć o tym na nowo, a wersja 7.1a została ostatecznie uznana za bezpieczną, chyba) wydaje się być bezcelowe, ale trzeba się zastanowić po co je robimy – nie chodzi o ochronę przed NSA czy CIA, tylko o ochronę prywatności przy zwykłym utraceniu dysku w wyniku zgubienia lub kradzieży. Po co ktoś obcy ma oglądać 100 tys. moich prywatnych zdjęć?! Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nowy posiadacz mojego dysku nie będzie w stanie złamać najsłabszego nawet szyfrowania, żeby więc nie utrudniać sobie życia można użyć nawet krótkiego hasła, byleby tylko dysk nie był zupełnie dostępny. Można też użyć metody „pliku – klucza”, którym może być dowolny plik, nawet jakaś mptrójka – wówczas odszyfrujemy dysk tylko na konkretnym komputerze, na którym znajduje się plik (nie ma co torturować posiadacza szyfrowanego dysku, może nie być w stanie go odszyfrować ad-hoc).

powrót do akapitu

2) Lightroom od niedawna ma ciekawą opcję – smart previews. Każde zdjęcie może zostać „skompresowane” do pliku wielkości paru procent oryginału (oczywiście ma mniejszą rozdzielczość), po czym można takie zdjęcie obrabiać nawet wtedy, gdy dysk na którym znajduje się oryginał, nie jest podłączony. Tak obrobiony plik można wyeksportować w małej rozdzielczości, lub po podłączeniu dysku z oryginalnymi plikami możemy wyeksportować pełne  zdjęcie, z całą obróbką wykonaną na smart previews. Plusem takiego działania jest sprawniejsza praca komputera i Lightrooma (pliki 24 MPix potrafią dać w kość). Po imporcie zdjęć i zbudowaniu smart previews mogę zwyczajnie odmontować szyfrowany dysk i pracować dalej.

powrót do akapitu

Raz jeszcze o czasie naświetlania

prawiejakfotograf.pl

prawiejakfotograf.pl

Pisałem już Wam o prawidłowym naświetlaniu i o zdjęciach nieostrych w wyniku poruszenia, ale to czego mi wówczas zabrakło to zdjęcia wyraźnie obrazujące różnice w czasie naświetlania. Pogoda dopisała, więc wyszliśmy z domu z aparatem… ;) i w którymś momencie robienia zdjęć z roztrzepanymi włosami coś mi w głowie zaświtało i oto są one, zdjęcia przykładowe z różnymi czasami naświetlania tego samego motywu w tych samych warunkach. W tytule zdjęcia wpisałem parametry naświetlania – przysłonę i czas (porada dla gapciów: tytuł zdjęcia wyświetla się w dymku nad miniaturką po zatrzymaniu kursora myszy, lub po otwarciu zdjęcia na dole po lewej stronie):

Można założyć z dużym przybliżeniem, że zdjęcia różnią się tylko czasem, czułością i przysłoną (nas jednak interesuje tylko czas). Oczywiście zamiast patrzeć na parametry jakie ustawiam skupiałem się na czymś innym i nie mamy tu klasycznego ciągu wartości, ale myślę, że i tak wyraźnie widać o co tu chodzi.

Selekcja zdjęć, czyli nasz system flagowo-gwiazdkowy

Jedną z najtrudniejszych dla mnie rzeczy jest selekcja zdjęć. Jest to na tyle upierdliwa dla mnie sprawa, że czasami sobie ją odpuszczam… O ile jednak mogę sobie pozwolić na zatrzymanie pięciu zdjęć, z których jedno jest zrobione tak jak chciałem, o tyle ciężko jest (chociażby ze względu na miejsce na dysku) zostawić 2000 zdjęć z wakacji, z których pokazać znajomym chciałbym ze 40. Selekcja jest trudna (dla mnie) z kilku powodów, np. ilości zdjęć, treści i jakości wykonania (czasem technicznie zdjęcie kuleje, ale tematycznie się ratuje, czasem odwrotnie), itp. Idąc na przekór przeciwnościom, wypracowaliśmy sobie coś, co nazywam metodą flagowo-gwiazdkową (tak, nazwę wymyśliłem na potrzeby tego wpisu).

Przykładowe zdjęcie z gwiazdkami...
Przykładowe zdjęcie z gwiazdkami…

Metoda flagowo-gwiazdkowa opiera się na jednej prostej zasadzie – wybiera się zdjęcia nadając im gwiazdki (punkty) w skali od 1 do 5, ale (i tu jest mój patent) robi się to w kilku (maksymalnie pięciu) etapach, nadając za każdym razem tylko n gwiazdek zdjęciom, które mają n-1 gwiazdek. Do tego dochodzą dwa etapy flagowania.

Ok, już tłumaczę… Przyjmijmy, że mamy 10 zdjęć z sesji. Odrzucamy kompletnie nieudane (etap I) oznaczając je czarną flagą (Lightroom, zwany dalej skrótem Lr) lub po prostu używając klawisza DEL – zostaje 7. Nadajemy jedną gwiazdkę (etap II) wszystkim zdjęciom, które się nam wstępnie podobają (np. 6 sztuk) i… idziemy spać. Następnego dnia przeglądamy tylko zdjęcia z jedną gwiazdką i nadajemy dwie gwiazdki (etap III) tym zdjęciom, które nam się podobają… Cały cykl powtarzamy n razy, aż zostanie nam odpowiednia ilość zdjęć z danej sesji lub mamy już same zdjęcia pięciogwiazdkowe. Najwyżej ocenione zdjęcia (czyli piątki, albo czwórki i piątki – jak kto woli) oznaczamy białą flagą (etap VII), a pozostałym dajemy „krzyżyk na drogę”, czyli używamy (w Lr) klawisza X do oznaczenia zdjęć jako odrzucone (ostatecznie je usuniemy po obróbce pozostałych, żeby w razie czego mieć możliwość wyciągnąć jakąś czwórkę na piątkę, lub znaleźć perełkę we wstępnie odrzuconych). Oczywiście nie trzeba do tego mieć Lightrooma (najwyżej nie nadasz flag i trochę roboty zrobisz ręcznie filtrując zdjęcia po gwiazdkach). Po wyselekcjonowaniu zdjęć i ich obrobieniu żegnamy się z czarnymi flagami używając opcji Photo → Delete rejected photos (Lr) i zdjęcia odrzucone lądują w koszu (no chyba, że jakieś chcemy jednak mieć, to zdejmujemy z niego czarną flagę). Pozostałym zdjęciom po obróbce nadajemy natomiast białą flagę, oznaczając zdjęcia, które mamy gotowe, obrobione, otagowane…

Ważna uwaga – jeżeli w selekcji pomaga nam ktoś jeszcze, to taka osoba (osoby) przegląda wszystkie zdjęcia i nadaje swoje gwiazdki, nie patrząc na nadane przez nas (trzeba to robić naprzemiennie, nadając najpierw jeden punkt i powtarzając cykle u wszystkich x osób n razy, dzięki czemu nie nadpisujemy sobie trzech gwiazdek jedynkami, czy nie windujemy zdjęcia z ostatniego miejsca na czwarte). Pierwsza osoba nadaje jedynki dla wszystkich zdjęć, druga osoba jedynki dla wszystkich zdjęć, pierwsza osoba nadaje dwie gwiazdki dla wszystkich zdjęć z jedną gwiazdką, druga osoba nadaje dwie gwiazdki dla wszystkich zdjęć z jedną gwiazdką… itd. Ciekawe doświadczenie – widzi się jak pewne zdjęcia mimo naszego „nie” sukcesywnie pną się na kolejne etapy. Ostatni etap selekcji należy zrobić wspólnie, przeprowadzając dyskusję nad zdjęciami spornymi.

A jak Wy radzicie sobie z selekcją zdjęć?

FX kontra DX

Baconsthorpe, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl

Poprzedni wpis o zoomach powinien był chyba poczekać na wpis, taki jak ten, w którym będę marudził na temat wielkości matryc. Z drugiej strony tu odwołuję się do pewnych kwestii poruszonych poprzednio, sugeruję się więc zapoznać z wpisem o zoomach zanim przejdziesz dalej…

Z uwagi na fakt, że kompletnie nie interesował mnie rynek bezlusterkowców i innego rodzaju aparatów z wymienną optyką, kompletnie nie wiem jakiej wielkości matryce są tam standardem (wiem, że Nikon montuje coś, co określają jako CX – matryca o wymiarach 13,2 mm x 8,8 mm z mnożnikiem x 2,7, ale jak z innymi producentami, to nie mam pojęcia), skupię się wiec na tym, o czym coś wiem – czyli na matrycach wielkości FX i DX.

prawiejakfotograf.pl
Canon EOS 300D – założę się, że gdzieś tam na świecie istnieje zdjęcie z drugiej strony…

Na początku był [tfu] Canon. Jak dobrze pamiętam, Canon EOS 300D aka Rebel, w obrzydliwym kolorze srebrnoplastikowym, był pierwszą konsumencką lustrzanką cyfrową (DSLR1)) skierowaną do ludu. Taki Volkswagen fotografii. Sprzedawany był w zestawie (KIT) z obiektywem 18-55 mm o jasności z zakresu „słaba do fatalnej” i śmiem twierdzić, że nie odniósłby w ogóle sukcesu, gdyby nie dało się do niego przykręcić ruskich obiektywów od Zenita (przez adapter) ;) – nie da się ukryć, że właśnie ów zestaw i jego anglojęzyczna nazwa „KIT” położyła podwaliny pod polską definicję obiektywu z zestawu, obiektywu który był w powszechnym mniemaniu… do kitu. Rebel miał matrycę CMOS o wymiarach 22,7 mm x 15,1 mm (mnożnik ogniskowej 1,6) i kosztował więcej niż Volkswagen w przyzwoitym stanie technicznym.

Odpowiedzią Nikona był o ile wiem Nikon D70, a później trochę okrojony Nikon D50, którego dumnym posiadaczem jestem do dziś. Aparaty te miały matryce CCD o wielkości 23,7 x 15,6 mm (mnożnik ogniskowej 1,5). W przeciwieństwie do Canona, Nikon D70 miał lepszy obiektyw, ale nie dało się w Nikonach wykorzystać ruskich szkieł (ze względów konstrukcyjnych takie szkła podłączone przez adapter nie były w stanie wyostrzyć na obiekty dalsze niż kilka metrów, o nieskończoności nie wspominając). Pozostałymi producentami się wówczas nie interesowałem (wybierałem z tej dwójki, czy raczej trójki) i w zasadzie tak mi już zostało.

Rodzi się pytanie: po co producenci w ogóle zaczęli okrajać wielkości matryc? Pieniądze… Matryce pełnoklatkowe są droższe, a wówczas (rok 2003-2004) były cholernie drogie. Dziś ceny mocno zjechały, bo proces technologiczny jest lepszy i tańszy, a same matryce się spopularyzowały. Od czegoś trzeba było jednak zacząć. Z resztą rynek lustrzanek do dziś jest podzielony na aparaty pełnoklatkowe (FX) i aparaty z matrycą zbliżoną do formatu APS-C (DX).

prawiejakfotograf.pl
Nikon Nikkor AF 28-80 mm f/3.3-5.6G jako przykład obiektywu.

Obiektyw jaki jest, każdy widzi. Składa się z jakichś soczewek, pierścieni, przełączników, kilograma elektroniki schowanego dookoła, osłony przeciwsłonecznej… Generalnie odpowiedzialny jest za to, żeby światło wpadające do niego z przodu (a nie z boków, co obniża kontrasty – po to są osłony przeciwsłoneczne) przeszło przez niego i w względnie spójny sposób wyszło z tyłu i trafiło na matrycę.

prawiejakfotograf.pl
Jak działa obiektyw… (oczywiście nie każdy ma tyle pierścieni i przełączników, zasada jest jednak taka sama).

Producenci obiektywów także zareagowali na ten podział i zaczęli oferować obiektywy projektowane typowo pod matryce DX, twierdząc że one są super dopasowane, idealne i najlepsze do takich aparatów. Moim zdaniem, są one po prostu tańsze w produkcji i sam proces jest mniej wymagający. Ale czym tak w ogóle różnią się takie obiektywy od obiektywów stosowanych dla pełnych klatek? Na pewno zakresami ogniskowych, zwłaszcza przy szerokich kątach. Jeżeli ekwiwalent dla pełnej klatki to wynik mnożenia ogniskowej przez mnożnik, to obiektyw o zakresie 18-55 mm w zasadzie nie jest obiektywem super szerokim (18 mm x 1,5 = 27 mm) – 27 mm na pełnej klatce to jest szeroko, ale bez przesady… ;) Chcąc więc uzyskać na prawdę szeroki kadr, trzeba przy aparatach DX-owych sięgnąć po Sigmę 10 – 20 mm lub Tamrona 10 – 24 mm. Druga istotna różnica, to obszar jaki jest „oświetlany” przez obiektyw. Dla mniejszych matryc (DX) można w obiektywie zawęzić ten promień pola jakie jest oświetlane, co na pewno obniża koszty produkcji obiektywu.

I teraz ważna uwaga, głównie dla posiadaczy aparatów z matrycami pełnoklatkowymi (wierzę, że to był świadomy wybór i poniższa uwaga Was nie zaskakuje): należy uważać przy zakupie obiektywu na to, czy jest on stworzony pod matryce pełnoklatkowe! Jeśli kupimy obiektyw stworzony pod matryce DX, to może nam on nie oświetlić całej matrycy, tak jak w poniższym przykładzie (oznaczenia u góry dotyczą obiektywu, oznaczenia na dole dotyczą matrycy):

prawiejakfotograf.pl
Wykorzystanie obiektywów DX i FX na matrycach różnej wielkości.

Matryca FX ma szerokość 36 mm (przekątną ponad 43 mm), matryca DX jest mniejsza, zatem obiektyw typowo DX-owy będzie oświetlał mniejszy obszar, co na matrycy FX-owej może objawić się w postaci winietowania lub wręcz czarnych obszarów. Zobaczmy to na przykładach:

Baconsthorpe, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl
Tamron SP AF 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II LD Aspherical (IF) na pełnej klatce.
prawiejakfotograf.pl
Sigma 30 mm f/1.4 EX DC HSM na pełnej klatce

Ale… może się zdarzyć tak, że taki obiektyw będzie sobie całkiem nieźle radził na pełnej klatce, przykładem jest chociażby… Tamron 10 -24, który po zmianie ogniskowej (powyżej 13 – 14mm) pokrywa już pełną klatkę!

Cambridge, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl
Tamron SP AF 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II LD Aspherical (IF) na pełnej klatce przy 14 mm.

Przykładowy Tamron 10 – 24 mm z aparatem DX ma ekwiwalent ogniskowych (dla Nikona) 15 – 36 mm, natomiast podpięty do aparatu pełnoklatkowego ma zakres ogniskowych 10 – 24 mm, z czego użytecznych 13 – 24 mm i to jest szeroki kąt!

EDIT: A tak sobie radzi Nikkor 35 mm 1.8D na pełnej klatce!

Ok, mniejsze matryce – taniej, obiektywy o mniejszych wymaganiach – taniej, itd. Są jednak jeszcze inne różnice a główną chyba różnicą, która skłania dziś ludzi do wyciągania większej gotówki z kieszeni, jest jakość uzyskiwanych zdjęć. Po prostu na pełnej klatce wszystko wygląda lepiej, głębia ostrości, plastyka obrazu jest inna, wspaniały bokeh… a przynajmniej mnie się tak wydaje ;)

PS. Szkoda, że średni format w wersji cyfrowej nie ma żadnego Volkswagena…


1) DSLR – Digital Single Lens Reflex, czyli cyfrowa jednoobiektywowa lustrzanka

powrót do akapitu