Nie wiem czego chcę…

Tak właśnie w dużym skrócie można by było opisać potrzeby wielu początkujących adeptów fotografii. Ostatnio jeden z nich zwrócił się do mnie z pytaniem, który z trzech obiektywów kupić sobie “na święta”, na liście znalazły się:

  • Tamron 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II VC HLD
  • Nikkor AF-S 24-85 mm f/3.5-4.5 G ED VR
  • Nikkor AF-P DX 70-300mm f/4.5-6.3G ED VR
  • Nikkor AF-S DX 40 mm Micro f/2.8 G
  • Sigma 105mm f/2.8 EX DG OS HSM Macro

Tak, dobrze widzisz, jest tam też czwarty i piąty obiektyw, który wyskoczył jak przysłowiowy filip z konopi. Normalnie odpowiadam “nie wiem”, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Wprawdzie święta minęły już dawno temu, ale może komuś się to jeszcze przyda. Co mamy? Kompletny brak pomysłu na cokolwiek… Z czego to wynika? Z niewiedzy. I żeby była jasność, ten wpis nie ma na celu wytykania niewiedzy jako czegoś złego, on ma na celu pomoc w postaci ukierunkowania, czy może raczej doprecyzowania naszych potrzeb. Rozłóżmy na szczegóły powyższe propozycje…

Producent obiektywu

Jak widać mamy do wyboru obiektyw Tamrona, Sigmy lub Nikona. Na rynku jest jeszcze Tokina, Canon, Leica, Zeiss, Pentax, Samyang i cała masa innych obiektywów. Różnica jest taka, że niektórzy producenci produkują obiektywy do swoich aparatów (Nikon, Canon) a inni obiektywy dedykowane do różnych aparatów (Sigma, Tamron) – nawiasem mówiąc Sigma ma też swoje aparaty, ze swoim bagnetem. Zdarzają się przypadki współpracy (mniej lub bardziej zamierzonej), gdzie zdarza się że aparat (np. Fuji, Kodak, Kiev) ma bagnet np. Nikona, więc obiektywy między tymi systemami będą wzajemnie (przynajmniej w pewnym stopniu) współpracowały (byłbym ostrożny z obiektywami od Kieva lub archaicznymi Nikkorami). No właśnie – bagnet, czyli ten zatrzask, który łączy obiektyw z aparatem oraz styki elektryczne przy bagnecie, to jest główna różnica w obiektywach “uniwersalnych” – trzeba zwyczajnie szukać obiektywów z bagnetem dedykowanym do naszego aparatu. Dla mnie to jest oczywiste, ale jak zaczynałem przygodę z lustrzankami, to długo się zastanawiałem jak to jest z tymi Sigmami i Tamronami. Istnieją jeszcze konwertery, które mocuje się między aparatem a “niezgodnym” obiektywem, ale trzeba uważać, ponieważ nie zawsze działają wszystkie funkcje obiektywu lub niemożliwe jest ustawianie ostrości “na nieskończoność” (tak jest w adapterach do obiektywów z gwintem M42 do Nikonów, trzeba szukać adaptera ze specjalną soczewką korygującą). Podsumowując: należy szukać obiektywu z mocowaniem naszego aparatu a jeśli dany obiektyw nie występuje w wersji z naszym bagnetem, można poszukać konwertera (sugeruję przeszukać fora internetowe, wiele osób eksperymentuje z różnymi adapterami).

PS. Kupiłem konwerter umożliwiający podłączenie obiektywów z bagnetem Nikon F do aparatu Nikon 1. Sprzedający wyraźnie mnie uprzedził, poza opisem przedmiotu, że jeśli nie posiadam obiektywu z pierścieniem przysłony, nie będę w stanie robić zdjęć innych niż na maksymalnie przymkniętym obiektywie. Poza tym ten konwerter nie wspiera AF i nie przenosi informacji o przysłonie, więc nie działa światłomierz w Nikonie 1. Tak się składa, że żadna z tych niedogodności nie jest dla mnie problemem, ale nieświadomy użytkownik byłby zawiedziony, dlatego trzeba uważać.

Nawiasem mówiąc, co za bzdura nazywać aparat Nikon 1, przecież na takie pytanie do wyszukiwarki dostaniemy masę śmieci zamiast informacji o konkretnym aparacie. To jest tak specjalnie nazwane?

Ogniskowa

Przyjrzyjmy się teraz ogniskowym wymienionych obiektywów – mamy tu: 10-24 mm, 24-85 mm, 70-300 mm, 40 mm i 105 mm. W zależności od tego czy dysponujemy aparatem z matrycą DX czy FX (będę się tu posługiwał nikonowskimi oznaczeniami, ale dla Canona byłoby to APS-C i pełna klatka, a mnożnik wynosiłby 1,6) mamy tu do czynienia z zakresem 15 – 450 mm + 60 mm i 157,5 mm (dla DX, czyli mnożnik 1,5) lub 10 – 300 mm + 40 mm i 105 mm dla pełnej klatki. W tym przypadku chodziło o aparat DX i trzeba o tym pamiętać, ponieważ wskazany Tamron 10 – 24 mm, Nikkor 70 – 300 mm i Nikkor 40 mm jest dedykowany dla aparatów z matrycą wielkości DX, czyli nie pokryje pełnej klatki tylko zostawi czarne tło dookoła! Nawiasem mówiąc, poprzednia wersja tego Tamrona pokrywa pełną klatkę już przy 13 – 14 mm (więcej o tym we wpisie o różnicach FX kontra DX). W tej chwili chyba już wyraźnie widać, że jest to ładny komplet obiektywów dla matryc DX i żaden z nich nie jest dla innego alternatywą, więc wybór jednego z nich zamiast innego może być podyktowany jedynie konkretnymi potrzebami, które przed zakupem trzeba określić.

Tamron 10 – 24 mm

Ten zakres ogniskowych świetnie nadaje się do szerokich krajobrazów, ciasnych miejskich przestrzeni i zdjęć kreatywnych. Posiadam poprzednią wersję tego obiektywu i tak jak pisałem powyżej – świetnie sprawdza się nawet na pełnej klatce dają naprawdę ekstremalnie szerokie pole widzenia a przy tym obraz nie jest obarczony dużą dystorsją (horyzont umieszczony bardzo nisko lub bardzo wysoko w kadrze nie wygina się). Moja wersja obiektywu miała dość wolny AF (ale przy tak szerokich kątach ma to znikome znaczenie) który dodatkowo nie działa w ogóle w trybie Live View w Nikonie D610 (myślę, że to kwestia AF w Nikonie).

Nikkor 24 – 85 mm

Jest to “zwykły obiektyw ze zwykłym zakresem ogniskowych”. Rzekłbym, że jest trochę jak Skoda Octavia – niby samochód, niby jeździ, ale prestiżu nie ma i w fotel nie wgniata, z drugiej strony jeździ jak trzeba, niewiele pali i da się nią przewieźć wersalkę i piec kaflowy (na raz). To taki obiektyw do niczego konkretnego, ale nadaje się do wszystkiego. Moim zdaniem świetny wybór jeśli chcesz zabrać ze sobą tylko jeden obiektyw, którym da się zrobić i portret, i krajobraz. Jest ostry, ma dużą skalę odwzorowania, dość blisko ostrzy, ma stabilizację obrazu. Wadą jest moim zdaniem pierścień zmiany ogniskowej, który z założonym odwrotnie tulipanem jest nieużywalny. Jakby pierścień ostrości był w tym miejscu, byłoby to mniej upierdliwe (większość korzysta z AF). W moich Tamronach wygląda to tak:

prawiejakfotograf.pl

Natomiast w Nikkorach tak (ciekawostką jest ta Sigma, której wartość niewiele przekracza wartość zaślepki do body, bo zoom w niej jest „w drugą stronę”):

prawiejakfotograf.pl

Nie mam więcej zmiennoogniskowych obiektywów Sigmy, więc nie wiem czy to reguła, po prostu używa się tego dziwnie, ale umieszczenie pierścienia ogniskowych bliżej bagnetu, tak żeby nie zasłaniał go założony odwrotnie tulipan, jest zdecydowanie wygodniejsze. Z tego co wiem, to Nikon czasami robi to dobrze (np. w Nikon AF-S Nikkor 70-200 mm f/2.8 G ED VR II) a potem w kolejnej generacji obiektywu zamienia miejscami pierścienie (Nikon AF-S Nikkor 70-200 mm f/2.8 E FL ED VR III). Może względy konstrukcyjne, ale…

Nikkor 70 – 300 mm

Samego obiektywu w rękach nie miałem, używałem kiedyś jednak Sigmy o takim samym zakresie wraz z lustrzanką DX. Taki obiektyw się nadaje na polowania na ptaszki czy kotki, nada się też do amatorskiego fotografowania sportu, ale mimo tego że ma redukcję drgań należy pamiętać, że przy świetle f/6.3 musi być naprawdę jasno, żeby zamrozić ruch (nie ma sensu fotografować samych rozmazanych ptaków, kotów czy sportowców). Redukcja drgań na pewno pomoże utrzymać nieporuszony kadr, jeśli dodatkowo obiekt będzie nieruchomy to świetnie. Z odrobiną samozaparcia takie szkło można wykorzystać też w fotografii portretowej czy studyjnej, ale… Na lato i wakacje będzie ok, natomiast głęboko bym się zastanowił nad używanym Tamronem 70 – 200 ze światłem 2.8 w podobnej cenie. Należy pamiętać, że różnica między 200 a 300 mm nie jest aż tak bardzo odczuwalna czy powalająca.

Nikkor 40 mm

Właściwie nie wiem po co jest ten obiektyw. Nikon w swojej ofercie ma kilka takich szkieł, które wydają mi się zbędne. Prawdopodobnie jeszcze do nich nie dojrzałem. Tu mamy do czynienia z obiektywem makro, ale przecież są inne obiektywy makro o całkiem podobnych parametrach… No dobrze, ale skoro już jesteśmy przy tym Nikkorze, to zajrzałem do broszurki i okazuje się, że ostrzy już od 16,3 cm i przy tej odległości zapewnia skalę odwzorowania 1:1. To jest jakiś sens. Przede wszystkim należy się wyjaśnienie, co to jest skala 1:1. Jeżeli będziemy fotografowali np. robaczka, który w rzeczywistości ma 2 cm długości, to taki robaczek odwzorowany będzie w skali 1:1 na matrycy aparatu (jeśli odpowiednio blisko podejdziemy i obiektyw będzie w stanie ustawić ostrość). Matryca w Nikonie D5000 ma wymiary 23,6 mm x 15,8 mm (w innych Nikonach DX jest podobnie). Skoro matryca ma 23,6 mm długości a nasz robak 20 mm, to będzie wypełniał kadr praktycznie od krawędzi do krawędzi. Czy to zapewni nam spektakularne efekty gdzie oko pszczoły wypełnia całe zdjęcie? No nie… i trzeba pamiętać, że jeżeli obiektyw jest oznaczony jako “makro” (Nikon nazywa to “micro”) to zapewnia skalę odwzorowania 1:1 ale nie musi nic więcej. To tak jak z whisky – trunek musi leżakować minimum trzy lata, ale wszyscy wiemy że dobra whisky leżakuje zdecydowanie dłużej. Poza tym przy tym obiektywie trzeba pamiętać, że dla klatki w formacie DX będzie miał on 60 mm, więc ani z niego portretówka ani do krajobrazów. Myślę że do macro lepiej byłoby kupić zwykły 50 mm 1.8 D lub G i komplet pierścieni pośrednich z przeniesieniem “wszystkich styków”, żeby mieć pomiar światła (ostrość i tak się będzie ustawiało ręcznie).

Sigma 105 mm

To mi wygląda na przyzwoity obiektyw portretowy. Nie jest to może 85 mm 1.4 ale i pewnie za inne pieniądze. Minimalna odległość ostrzenia to 31,2 mm i skala odwzorowania 1:1. Jeśli bym miał wybierać obiektyw do makro, zdecydowanie wziąłbym tą Sigmę zamiast wymienionego wcześniej Nikkora – poza makro nada się na portretówkę. Zaletą w tej Sigmie jest też ustawianie AF – można ręcznie zmieniać ostrość bez wyłączania AF (mam Sigmę 30 mm z tym samym sposobem ustawiania ostrości i to jest wygodne). Na pewno będzie cięższa niż w/w Nikkor, ale i tak brałbym.

Dodatkowe bajery

Poza wymienionymi rzeczami warto jeszcze rozszyfrować nazwy obiektywów, mianowicie:

Tamron 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II VC HLD – ogniskowe 10 – 24, jasność 3.5 – 4.5, Di II – do matryc DX/APS-C (do pełnoklatkowych matryc byłoby Di), VC – stabilizacja obrazu, HLD – jakiś nowy silnik AF

Nikkor AF-S 24-85 mm f/3.5-4.5 G ED VR – autofocus „Silent Wave” Motor (silnik ultradźwiękowy), ogniskowe 24 – 85 mm, jasność 3.5 – 4.5, G – bez pierścienia przysłon, ED – szkło o niskiej dyspersji co ma zapobiegać aberracji chromatycznej, VR – stabilizacja obrazu

Nikkor AF-P DX 70-300mm f/4.5-6.3 G ED VR – autofocus z silnikiem krokowym (niby cichszy i szybszy), dedykowany dla klatek DX, ogniskowe 70 – 300 mm, jasność 4.5 – 6.3, G – bez pierścienia przysłon, ED – szkło o niskiej dyspersji co ma zapobiegać aberracji chromatycznej, VR – stabilizacja obrazu

Nikkor AF-S DX 40 mm Micro f/2.8 G  – autofocus „Silent Wave” Motor (silnik ultradźwiękowy), dedykowany dla klatek DX, 40 mm, do makrofotografii, światło 2.8, G – bez pierścienia przysłon

Sigma 105 mm f/2.8 EX DG OS HSM Macro – 105 mm, światło 2.8, EX – Sigma z wyższej półki, ze złotym paskiem (serio), DG – do lustrzanek pełnoklatkowych (DC jest do lustrzanek APS-C), OS – stabilizacja obrazu, HSM – silnik ultradźwiękowy, Macro – do makro

Na zakończenie

Warto zwrócić uwagę na to, że Nikon nie oznacza w żaden szczególny sposób obiektywów dedykowanych do aparatów pełnoklatkowych, z tego względu sugerowałbym aby przy zakupie obiektywów z drugiej ręki upewnić się, czy aby ktoś np. w opisie aukcji nie zapomniał umieścić “DX” w nazwie obiektywu, żebyśmy nie kupili do pełnej klatki szkła dedykowanego do klatki DX. W drugą stronę, to nie problem – jeśli mamy lustrzankę DX, to nie ma się czym przejmować (chociaż warto wybierać obiektywy, które będą przydatne po ewentualnej przesiadce na pełną klatkę).

Dodatkowo chciałbym uspokoić wszystkich, którzy się wahają przed zakupem Nikkorów – to nie jest żadna chińska marka jak kiedyś sprzedawane na rynkach magnetofony SQNY czy PANASANYO ;) Zarówno aparaty Nikon jak i obiektywy Nikkor produkowane są przez tą samą firmę Nippon Kōgaku Kōgyō Kabushikigaisha (pierwsza zasada internetów – nigdy nie staraj się zrozumieć Japońców). Tak naprawdę to spółka, która obecnie nazywa się Nikon Corporation.

A zatem, co wybrać?

Jakie zdjęcia chcesz robić na początek? Wybierz taki obiektyw, który Ci to umożliwi.

Pasek Peak Design SLIDE

prawiejakfotograf.pl

Do tego wpisu zabierałem się pół roku. Dosłownie… bo mniej więcej pół roku temu stałem się posiadaczem paska PeakDesign. W związku z tym, że przez te pół roku minęło między innymi na fotografowaniu, to jestem w stanie o tym produkcie powiedzieć coś więcej niż „fajny”. Pasek ma swoje wady i zalety, na szczęście zalet jest więcej, mianowicie…

Pasek jest „szybkoodczepialny”. To jest naprawdę świetna rzecz, jeśli często potrzebujesz mieć swobodny aparat, np. na statywie lub na fly-camie (czy innym stabilizatorze) a jednocześnie chcesz móc w każdej chwili ten aparat wziąć i zacząć robić zdjęcia z ręki. Ostatnio dość intensywnie wykonywałem zdjęcia panoramiczne, przy czym pasek dyndający z aparatu zwyczajnie przeszkadzał (panoramy sferyczne, więc wykonując zdjęcie nadiru miałbym pasek w kadrze centralnie – upinanie paska za aparatem się nie sprawdzało, trzeba było żmudnie odczepiać pasek – z paskiem Peak Design nie ma tego problemu).

prawiejakfotograf.pl

Pasek jest wygodny. Jest szeroki, masywny, czuć że da radę. Poza tym można przewiesić pasek przez ramię i naprawdę czuć różnicę na kręgosłupie, jeśli się chodzi z paskiem przewieszonym przez tułów po skosie a powieszonym zwyczajnie na szyi. Zwykłe paski są za krótkie by sobie tak aparat przewiesić, a tu wystarczy pasek wydłużyć i gotowe. Płynnie zatem przejdę do regulacji – to jest świetne. Używa się tego właśnie w sytuacji zmiany sposobu noszenia aparatu, poza tym można sobie wybrać czy aparat leży na czy wisi pod bębnem ;)

Kolejny plus to standardowe wyposażenie. W komplecie sią cztery kotwice i płytka montowana na gwint statywowy. Można jedną z kotwic przewlec przez oczko w tej płytce i mieć w aparacie trzy punkty zaczepu aby zmieniać płynnie sposób zawieszenia. Ja używam często mocowania do statywu i aktualnie mam dwie kotwice po lewej stronie a jedną po prawej – czasami zaczepiam pasek na obie z lewej strony, dzięki czemu przy pionowych zdjęciach, gdzie prawą stronę aparatu mam u góry, nie majta mi się pasek przed wizjerem.

Pasek daje radę utrzymać duże body, z gripem i ciężkim obiektywem – obawiałem się, czy aby nie będzie on sam zjeżdżał na tych klamrach, ale okazuje się, że nie. Co więcej ciężki aparat nawet dobrze „wspiera” regulowanie długości paska, bo po otwarciu blokad wystarczy lekki ruch by pasek wyciągnąć i równie lekki, żeby go skrócić. Praktycznie jak w reklamie ;)

Niestety nie ma róży bez kolców… Pasek jest sztywny, ciężko upakować w futerale, zwłaszcza w takim „na jeden aparat”. Futerał, który do tej pory miałem na takie wypady z jednym obiektywem stał się bezużyteczny, bo paska się w środku już nie upchnie, więc musi dyndać na zewnątrz (nietrudno nim wówczas o coś zaczepić) lub pasek trzeba odpinać i chować do innej kieszeni. Problemu nie ma gdy mamy torbę o szerokości ok 40 cm, bo tyle ma ta pogrubiona część paska – wówczas można to ładnie w torbie ułożyć.

prawiejakfotograf.pl

Kotwice przy odpiętym pasku dyndają i w brew pozorom nie są to małe, niezauważalne krążki z logo producenta. No ale coś za coś… Natomiast zapięty pasek na aparacie to wielkie klamry w miejscu, gdzie przedtem mieliśmy nie najmniejsze krążki z logo producenta… Owszem, rozumiem że tak działa ten mechanizm zapinania i odpinania paska, ale narzekam na to. Zwłaszcza przy wykonywaniu zdjęć pionowo, gdzie jak pisałem przepinam się obiema klamrami „na lewe ucho” aparatu, żeby trzymając aparat pionowo w ogóle widzieć coś w wizjerze i nie poobijać sobie oczu.

Pasek ma dodatkowo takie przypadłości jak ślady po zagięciu w najgrubszej, usztywnionej części (myślę, że dla perfekcjonistów to będzie piekło). Z tego względu też upychanie go w ciasne futerały to nie najlepszy pomysł. Oczywiście to jak z samochodem – pierwsza rysa boli najbardziej, a potem to już tylko statystyki… ;)

prawiejakfotograf.pl

Trzeba się też pilnować, żeby nie zapomnieć paska przypiąć do aparatu – jeśli robimy jakieś zdjęcia i odepniemy aparat na chwilę a pasek zostawimy na szyi, to gwarantuję – zapomnimy się i w końcu puścimy niezapięty aparat – byłem bliski temu nieszczęściu… To rozwiązanie jest bardzo wygodne, ale jednak usypia czujność.

No i ostania rzecz, która mnie wkurza niemiłosiernie… W reklamach tak pięknie pokazywani są fotografowie, którzy robią zdjęcie, przewieszają aparat przez ramię, patrzą jeszcze chwilę ku obiektowi swojego zainteresowania i z podniesioną głową idą dalej, zdobywać nowe kadry. To czego nie widać na tych promocyjnych filmikach, to… zgubione muszle oczne. Od czasu jak używam tego paska, zgubiłem chyba ze cztery muszle (a wcześniej żadnej, nigdy). Po prostu ten ruch przewieszania aparatu na biodro powoduje zsunięcie muszli (albo w trakcie chodzenia się to dzieje). Oczywiście taka muszla oczna to nie majątek (a można żyć też i bez), ale od czasu jak używam tego paska czuję się, jakbym jakiś nowy abonament płacił. Niedługo w „moim” sklepie obsługa będzie mnie widać słowami „to co zwykle?” mając na myśli trzy muszle i pilota (bo piloty też gdzieś gubię).

Podsumowując – produkt jest ciekawy, innowacyjny, wygodny, niektóre jego plusy mają swoją cenę, ale jest ona do zaakceptowania (duże klamry). Są też minusy, niektóre dość upierdliwe. Napisałem, że zalet jest więcej… jakby je podliczyć, to chyba jest ich mniej ale są one dla mnie ważniejsze niż wady tego produktu. Czy gdybym wiedział to co wiem, chciałbym ponownie taki pasek?

Tak.

Migawka i czasy synchronizacji z lampą błyskową

Rodzaje migawek

Wyróżniamy trzy podstawowe typy migawek: elektroniczną, szczelinową i centralną. Nie przychodzi mi w tej chwili do głowy żaden inny typ migawki (no może poza łączeniem migawki elektronicznej z mechaniczną, bo szczelinowa i centralna to migawki mechaniczne). Migawka elektroniczna to po prostu odczyt danych z matrycy, ma swoje zalety (np. możemy uzyskać czasy krótsze niż technicznie byłaby w stanie uzyskać migawka mechaniczna), ale ma też wady, których przykładem jest to zdjęcie…

prawiejakfotograf.pl

W Nikonie D50 była hybrydowa migawka i w pewnym zakresie czasów działała tylko migawka elektroniczna, która robiła takie psikusy na silnych źródłach światła. Po chwili zabawy w programie graficznym jakoś to wygląda, ale…

prawiejakfotograf.pl

…chyba czas nauczyć się obsługi fotoszopa ;) Skupmy się zatem na migawkach mechanicznych…

Migawki mechaniczne

Migawki centralne i szczelinowe są migawkami mechanicznymi. Migawka centralna podstawową zaletę – odsłania całą klatkę na raz, dzięki czemu nie mamy problemu z shutter lagiem i synchronizacją z lampami błyskowymi.

prawiejakfotograf.pl

Ma też niestety jedną podstawową wadę – jest w obiektywie lub tuż za nim, co nie dość że jest konstrukcyjnie skomplikowane, to jeszcze nie bardzo pasuje w rozwiązaniach takich jak lustrzanka – mamy wymienne obiektywy, więc każdy z nich musiałby być z migawką (a to podnosi koszty).

prawiejakfotograf.pl

 

 

Mimo tych ograniczeń, w niektórych bezlusterkowcach migawki centralne są i dają radę. Mnie zaś interesują najbardziej migawki szczelinowe w lustrzankach.

Migawka szczelinowa

W większości współczesnych lustrzanek małoobrazkowych montuje się migawki szczelinowe. Konstrukcja takiej migawki nie zmieniła się zasadniczo od wielu lat (no może konstrukcja się zmieniła, ale zasada działania się nie zmieniła). Migawki mogą mieć przebieg poziomy i pionowy. Migawka o przebiegu pionowym wygląda tak:

prawiejakfotograf.pl

Przebieg pionowy jest chyba lepszy, bo droga którą pokonuje migawka jest krótsza, a zatem najkrótszy czas synchronizacji z lampą błyskową może być krótszy (za chwilę o tym napiszę więcej). Kierunek przebiegu migawki wpływa też na tzw. rolling shutter effect – szybko poruszające się obiekty (przy pionowej migawce) w lewo lub w prawo są pochylone, natomiast obiekty poruszające się pionowo ulegają rozciągnięciu lub ściśnięciu. Przy migawce przebiegającej poziomo jest „odwrotnie”.

#Gdansk, #Wrzeszcz, prawiejakfotograf.pl

Ten jadący samochód się „pochyla” właśnie ze względu na ten efekt migawki – gdyby było jaśniej i użylibyśmy krótszego czasu naświetlania, efekt byłby jeszcze wyraźniejszy.

Jak w ogóle działa migawka szczelinowa

Zamknięta migawka składa się z takich pasków metalu, które zasłaniają całą klatkę. Wszystko to naciągnięte czeka w gotowości na wciśnięcie spustu. Po zwolnieniu blokady migawka startuje i zaczyna odsłaniać materiał światłoczuły. Kiedy upłynie nastawiony czas, np. 1/500 s, druga część migawki zaczyna zasłaniać materiał światłoczuły.

prawiejakfotograf.pl

I tak lecą sobie obie części migawki, aż jedna całkiem odsłoni klatkę a druga całkiem zasłoni, po czym obie, wracają na miejsce. Niestety, ze względu na to że nie cały materiał światłoczuły jest odsłaniany na raz, nie można z takimi czasami używać lampy błyskowej (oczywiście z pewnymi wyjątkami), na większości aparatów nawet mając włączoną lampę nie da się ustawić czasów krótszych niż np. 1/60 czy 1/250 s (istnieją lampy i aparaty, z którymi dzięki pewnym technicznym sztuczkom producentów, da się uzyskać czasy naświetlania i 1/4000 s z lampą, ale przy ograniczeniach mocy błysku). Zobacz na poniższym rysunku – przy 1/1000 s migawka nie zdąży się otworzyć a już się zamyka.

prawiejakfotograf.pl

Żeby poprawnie naświetlić zdjęcie z lampą błyskową trzeba użyć czasu równego lub dłuższego niż najkrótszy czas synchronizacji z lampą błyskową w danym modelu aparatu. Dla Nikonów jest to gdzieś w okolicy 1/200 czy 1/250 s, a to dlatego, że właśnie dla takich (i dłuższych) czasów migawka odsłania cały materiał światłoczuły na raz, a wygląda to mniej więcej tak:
prawiejakfotograf.pl
Przy okazji warto wspomnieć tu jeszcze o metodzie synchronizacji błysku – na pierwszą i drugą kurtynkę. Jak nietrudno się domyślić chodzi o odsłaniającą część migawki (pierwsza kurtynka) i zasłaniającą (druga kurtynka). Standardowo aparat wyzwala lampę na pierwszą kurtynkę, czyli w momencie kiedy odsłaniająca część migawki całkiem odsłoni materiał światłoczuły. Przy czasach rzędu 1/250 s, gdzie momentalnie druga kurtynka zasłania po wyzwoleniu błysku klatkę, nie ma to znaczenia, ale jeśli będziemy operowali czasami naświetlania rzędu 1/8 s, to może okazać się to bardzo istotne. Wyobraźmy sobie jadący samochód, żeby było łatwiej niech jedzie sobie od lewej do prawej. Robimy mu zdjęcie przy 1/8 s, migawka się otwiera, błysk zamraża nam samochód, ale minie jeszcze spora chwila zanim migawka zacznie się zamykać, a samochód nadal jedzie i np. jego światła rysują na zdjęciu smugi. Głupio tak jak światła obiektu wyprzedzają na zdjęciu sam obiekt, co nie? I właśnie tu z pomocą przychodzi synchronizacja na drugą kurtynkę. Zdjęcie się naświetla najpierw bez lampy (wówczas rysują się te smugi świateł) po czym tuż przed startem drugiej kurtynki następuje błysk i mamy koniec naświetlania.

Wszystko fajnie, ale po co mi to wiedzieć

Ustawienie odpowiedniego czasu naświetlania ma wpływ nie tylko na sensowne rozmazanie się obiektów ruchomych (synchronizacja z drugą kurtynką) ale ma dość istotne znaczenie przy fotografowaniu w studio i plenerze z wykorzystaniem lampy błyskowej. Ostatnio fotografowałem w obiekcie, gdzie dało się spokojnie fotografować przy świetle zastanym, z ręki, przy ISO 6400 i całkiem przyzwoitych czasach, moim zadaniem było jednak wykonanie fotografii na jednolitym tle z użyciem dwóch softboksów z lampami błyskowymi – to było dobre źródło światła, o znanej temperaturze i w ogóle nie było mi potrzebne inne światło, a była tam mieszanka dziennego (niewiele, ale jednak) ze sztucznym (zarówno światło żarowe jak i pochodzące ze świetlówek, straszny bałagan). Wystarczyło obniżyć ISO do 100 i ustawić czas naświetlania 1/250 s (technicznie jestem w stanie zejść do krótszych czasów, ale nie było takiej potrzeby, nie chciałem więc ryzykować). Przy takich parametrach naświetlania (przysłona w obu przypadkach ok 4) bez lamp zdjęcie wychodziło praktycznie czarne, więc odpadł mi problem z balansem bieli i „lewym” światłem, malującym sobie po swojemu – miałem tylko moje, pewne źródło światła.

Na zakończenie film

Nakręciłem dla Ciebie film! Może i bohaterowie nie są mistrzami, ale jaka akcja wartka! Tak wartka, że musiałem nagrać to w slołmołszyn :)

Najpierw można zobaczyć dłuższe czasy naświetlania (przy takich można używać lamp bez ograniczeń) i stopniowo schodzę w nagraniu do coraz krótszych czasów – będzie wyraźnie widać, że odpalanie zwykłej lampy z takimi czasami nie ma sensu.

PS. Jeśli chcesz zapytać jaką lampę do Nikona warto kupić, to odpowiem Ci z mojego doświadczenia: nikonowską. Wszelkie zamienniki z jakimi miałem do czynienia były do bani. Podobno ostatnio radę daje Yongnuo, ale sam nie używałem, więc nie potwierdzam, ale nie zaprzeczam.


Dodano 1 kwietnia 2018 r.

W sieci pojawił się materiał na YouTube, którego autorem jest JacekWPhoto, materiał opisuje powyższe całkiem przyzwoicie problem synchronizacji z lampami błyskowymi, polecam zatem zapoznać się z poniższym materiałem:

Światło

Celbowo, pomorskie, Poland, prawiejakfotograf.pl

W fotografii najważniejsze jest światło, bo jak sama nazwa wskazuje, to właśnie tym światłem rysujemy. Kiedy umawiam się na zdjęcia na godzinę 9:00 lub 19:00, to nie dlatego że nie mam co robić rano lub w planach mam spanie do 16:00. Chodzi o światło, konkretne światło w konkretnym miejscu, gdzie się umawiamy, o konkretnej godzinie i konkretnego dnia roku, przy konkretnej pogodzie. Nawiasem mówiąc, z tego względu nie lubię jak ktoś dzwoni umówionego dnia i mówi „a może trzy godziny wcześniej”, lub spóźnia się dwie godziny – jeśli zaplanowałem zdjęcia na godzinę przed zachodem Słońca, to nie wiem jak byśmy się starali – będziemy mieć godzinę (i tylko godzinę), jeśli zdjęcia mają być rano, a ktoś je przesuwa na południe, to pozdrawiam serdecznie (najchętniej powiedziałbym wówczas „no to innym razem”). Oczywiście posiłkuję się aplikacjami, które pozwalają mi na podstawie miejsca i czasu wyznaczyć pozycję Słońca, dzięki czemu wiem jakie światło mogę na miejscu zastać. Właśnie z powodu jednej takiej aplikacji zaplanowałem sobie pobudkę na 3:00. Kwadrans później, moja niczego nieświadoma żona została postawiona na nogi, ubrana i po kolejnym kwadransie zapakowana do samochodu. Niestety pogoda zepsuła mi to, co chciałem dziś osiągnąć (nie pierwszy i nie ostatni raz), ale poranna kawa o czwartej nad ranem, nad Zatoką Pucką nam to zrekompensowała.

Tak w ogóle, to dziś próbowałem swoich sił w kręceniu wideo. Jeśli ktoś myśli, że mając jako takie podstawy fotografii da się łatwo filmować, bo przecież używa się do tego tego samego aparatu, to jest w błędzie… co widać poniżej ;)

PS. Oczywiście to nie jest tak, że ja nie robię spontanicznie zdjęć w samo południe w bardzo słoneczne dni, bo mi światło nie odpowiada – robię, ale wiem jakie to niesie ze sobą ograniczenia.

Workflow

Według koalicji WFMC (ang. WorkFlow Management Coalition) workflow to:

Automatyzacja procesów biznesowych, w całości lub w części, podczas której dokumenty, informacje lub zadania są przekazywane od jednego uczestnika do następnego, według odpowiednich procedur zarządczych.

Wikipedia

Może i słowo workflow nie jest tu idealnym słowem na określenie procesu, ale oddaje mniej więcej to, o czym chciałbym dziś Wam napisać. Oczywiście całość będzie w kontekście zdjęć. Jakiś czas temu pisałem o archiwizacji i backupie zdjęć, czas zdradzić Wam jak wygląda mój workflow. Ten proces to lata praktyki i nauki na własnych błędach, na pewno nie jest doskonały, na pewno jest upierdliwy, ale jest też względnie skuteczny – mimo, że w pełni amatorski (ciekawe jak wygląda workflow zawodowego fotografa). W zasadzie nie powinienem Wam go zdradzać, ale… może komuś oszczędzi to nieco nerwów, czasu i pieniędzy – a co mi tam!

Wszystko zaczyna się od wykonania zdjęcia…

Przede wszystkim backup. Pierwszy backup dzieje się w aparacie, ponieważ ma on dwa gniazda pamięci i ustawiłem sobie go tak, aby zapisywał na obie karty kopię plików 1:1. Niestety nie wszystkie moje aparaty mają taką możliwość, ale nie od razu Kraków zbudowano. Po skończonej sesji uruchamiam TrueCrypta aby uzyskać dostęp do szyfrowanego1) dysku na który zgrywam zdjęcia (tak, szyfruję dyski ze zdjęciami, tak, używam rzekomo dziurawego TrueCrypta 7.1a). W momencie, gdy uzyskuję dostęp do mojego dysku „X” jedna z kart ląduje w czytniku i uruchamiam import plików z karty SD za pomocą Lightrooma, w trakcie którego zmieniają się nazwy plików i budują się pliki smart previews2) – same zdjęcia konwertowane są do plików dng. Importuję wszystkie pliki (zazwyczaj nie bawię się w selekcję w aparacie) do lokalizacji X:\FOTO\ (to w zasadzie nie ma znaczenia). Po zgraniu zdjęć karta ląduje w pudełku i czeka na koniec procesu (trzeba mieć odpowiednią ilość kart, żeby z dnia na dzień nie trzeba było ich czyścić na kolejną sesję).

Następnie przychodzi czas selekcji i obróbki. Selekcja jest najtrudniejsza… czasami wystarczy wywalić parę nieudanych zdjęć, czasem mimo ich wyrzucenia nadal jest problem – jeśli jest problem przechodzę do naszego opatentowanego ;) systemu flagowo-gwiazdkowego. Po selekcji następuje kolejna zmiana nazw plików (uproszczenie). Obróbka wygląda różnie i na to nie ma zazwyczaj uniwersalnej recepty. Obrobione zdjęcia eksportuję do chmury (Flickr) oraz na kolejny (inny) dysk zewnętrzny, część trafia także do internetów, zdarzyło mi się też zrobić odbitki – wszystko w zależności od potrzeb.

Jako, że pliki ze zdjęciami zawsze konwertuję do formatu dng, które trzymają całą obróbkę w sobie (Lightroom może zapisywać w pliku bezinwazyjnie dane o zastosowanej obróbce), po skończonej pracy nad daną sesją wykonuję backup już obrobionych plików dng. Używam do tego programu Karen’s Replicator (lubię go, ustawisz raz i po prostu działa). Podłączam drugi szyfrowany dysk i robię backup. Dopiero po wykonaniu tego backupu usuwam zawartość z kart SD. Dodatkowo, co jakiś czas, biorę dysk i udaję się w tajne miejsce (za siedmioma górami, za siedmioma lasami), gdzie znajduje się… trzeci szyfrowany dysk ze zdjęciami. Zamieniam dyski, wsiadam w srebrną strzałę i wracam do domu. Podłączam drugi dysk, odszyfrowuję wszystko, backupuję…

Jednym słowem: PARANOJA ;)

Ile mnie ta paranoja kosztuje? Oczywiście trzeba było kupić dwa dyski zewnętrzne i jeden wewnętrzny słusznych rozmiarów. Jednorazowo to jest spory koszt, ale nie trzeba tego robić na raz! Poza tym dyski są zaszyfrowane, więc muszę je odpowiednio podmontować (co z wpisaniem hasła zajmuje mi 10 sekund) i odmontować (5 sekund). Import w Lightroomie zdefiniowałem raz i z głowy (cała konwersja, zmiana nazw, dzielenie na katalogi wg dat robi się samo, ja tylko klikam „importuj” co zajmuje mi 5 sekund) – oczywiście import potrafi trwać i godzinę, ale to nie moje paranoje mają na to wpływ). Kolejne montowanie dysków, uruchomienie kopiowania na dysk zewnętrzny… niech będzie 20 sekund (czasu kopiowania nie liczę, bo robię wówczas coś innego). Przenoszeniem dysków między lokalizacjami też nie zaprzątam sobie głowy – robię to przy okazji (nie jest to główny cel mojej wycieczki z punktu A do punktu B). Cała misterna operacja zajmuje mniej niż 5 minut mojej uwagi.

Ile zyskuję? Święty spokój… Nie martwię się (za bardzo) uszkodzeniem dysku, utratą laptopa, zalaniem go, totalnym padem systemu czy wirusami. Minimalizuję ryzyko świecenia oczami w przypadku, gdy zabrałem aparat na rodzinną imprezę, a dane by przepadły.

Czy to pewne? I tak, i nie… im więcej mamy zabezpieczeń tym większe skomplikowanie procesu, więc i większe ryzyko popełnienia błędu. Trzeba się pilnować i myśleć dwa razy. Zawsze też dane mogą ulec uszkodzeniu na dysku źródłowym i nie zauważymy tego, kopiując uszkodzone dane na dysk zapasowy (posiadanie dwóch dysków zapasowych daje nam jeszcze jakieś szanse).

Dla mnie po prostu moje zdjęcia są ważne (nawet jeśli nie przedstawiają nie wiadomo jakiej wartości artystycznej) – tyle i aż tyle.

Dobra rada wujka owca: błagam – kupcie dysk firmy robiącej dyski twarde, a nie tylko przyklejającej logo na dysk. Pamiętajcie też o bezpiecznym odłączaniu urządzenia na USB! Dodatkowo bardzo zalecam aby zdjęcia przechowywać w katalogach wg lat, miesięcy i dni – możecie dodatkowo po dacie w nazwie katalogu napisać „Urodziny cioci”, ale niech tam będzie na początku data! To Wam bardzo ułatwi poruszanie się po zdjęciach. I jeszcze jedno – nie zgrywajcie zdjęć raz na dysk, raz na pulpit, raz do dokumentów, bo w najlepszym wypadku tylko narobicie bałaganu a w najgorszym coś stracicie!


1) Szyfrowanie dysków po tym, jak Edward Snowden zdradził nam to i owo wydaje się bezcelowe, zwłaszcza TrueCryptem, który miał problem z przejściem jakiegoś audytu bezpieczeństwa, czy coś takiego (używam od dawna, bo nie chce mi się myśleć o tym na nowo, a wersja 7.1a została ostatecznie uznana za bezpieczną, chyba) wydaje się być bezcelowe, ale trzeba się zastanowić po co je robimy – nie chodzi o ochronę przed NSA czy CIA, tylko o ochronę prywatności przy zwykłym utraceniu dysku w wyniku zgubienia lub kradzieży. Po co ktoś obcy ma oglądać 100 tys. moich prywatnych zdjęć?! Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nowy posiadacz mojego dysku nie będzie w stanie złamać najsłabszego nawet szyfrowania, żeby więc nie utrudniać sobie życia można użyć nawet krótkiego hasła, byleby tylko dysk nie był zupełnie dostępny. Można też użyć metody „pliku – klucza”, którym może być dowolny plik, nawet jakaś mptrójka – wówczas odszyfrujemy dysk tylko na konkretnym komputerze, na którym znajduje się plik (nie ma co torturować posiadacza szyfrowanego dysku, może nie być w stanie go odszyfrować ad-hoc).

powrót do akapitu

2) Lightroom od niedawna ma ciekawą opcję – smart previews. Każde zdjęcie może zostać „skompresowane” do pliku wielkości paru procent oryginału (oczywiście ma mniejszą rozdzielczość), po czym można takie zdjęcie obrabiać nawet wtedy, gdy dysk na którym znajduje się oryginał, nie jest podłączony. Tak obrobiony plik można wyeksportować w małej rozdzielczości, lub po podłączeniu dysku z oryginalnymi plikami możemy wyeksportować pełne  zdjęcie, z całą obróbką wykonaną na smart previews. Plusem takiego działania jest sprawniejsza praca komputera i Lightrooma (pliki 24 MPix potrafią dać w kość). Po imporcie zdjęć i zbudowaniu smart previews mogę zwyczajnie odmontować szyfrowany dysk i pracować dalej.

powrót do akapitu