FX kontra DX

Baconsthorpe, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl

Poprzedni wpis o zoomach powinien był chyba poczekać na wpis, taki jak ten, w którym będę marudził na temat wielkości matryc. Z drugiej strony tu odwołuję się do pewnych kwestii poruszonych poprzednio, sugeruję się więc zapoznać z wpisem o zoomach zanim przejdziesz dalej…

Z uwagi na fakt, że kompletnie nie interesował mnie rynek bezlusterkowców i innego rodzaju aparatów z wymienną optyką, kompletnie nie wiem jakiej wielkości matryce są tam standardem (wiem, że Nikon montuje coś, co określają jako CX – matryca o wymiarach 13,2 mm x 8,8 mm z mnożnikiem x 2,7, ale jak z innymi producentami, to nie mam pojęcia), skupię się wiec na tym, o czym coś wiem – czyli na matrycach wielkości FX i DX.

prawiejakfotograf.pl
Canon EOS 300D – założę się, że gdzieś tam na świecie istnieje zdjęcie z drugiej strony…

Na początku był [tfu] Canon. Jak dobrze pamiętam, Canon EOS 300D aka Rebel, w obrzydliwym kolorze srebrnoplastikowym, był pierwszą konsumencką lustrzanką cyfrową (DSLR1)) skierowaną do ludu. Taki Volkswagen fotografii. Sprzedawany był w zestawie (KIT) z obiektywem 18-55 mm o jasności z zakresu „słaba do fatalnej” i śmiem twierdzić, że nie odniósłby w ogóle sukcesu, gdyby nie dało się do niego przykręcić ruskich obiektywów od Zenita (przez adapter) ;) – nie da się ukryć, że właśnie ów zestaw i jego anglojęzyczna nazwa „KIT” położyła podwaliny pod polską definicję obiektywu z zestawu, obiektywu który był w powszechnym mniemaniu… do kitu. Rebel miał matrycę CMOS o wymiarach 22,7 mm x 15,1 mm (mnożnik ogniskowej 1,6) i kosztował więcej niż Volkswagen w przyzwoitym stanie technicznym.

Odpowiedzią Nikona był o ile wiem Nikon D70, a później trochę okrojony Nikon D50, którego dumnym posiadaczem jestem do dziś. Aparaty te miały matryce CCD o wielkości 23,7 x 15,6 mm (mnożnik ogniskowej 1,5). W przeciwieństwie do Canona, Nikon D70 miał lepszy obiektyw, ale nie dało się w Nikonach wykorzystać ruskich szkieł (ze względów konstrukcyjnych takie szkła podłączone przez adapter nie były w stanie wyostrzyć na obiekty dalsze niż kilka metrów, o nieskończoności nie wspominając). Pozostałymi producentami się wówczas nie interesowałem (wybierałem z tej dwójki, czy raczej trójki) i w zasadzie tak mi już zostało.

Rodzi się pytanie: po co producenci w ogóle zaczęli okrajać wielkości matryc? Pieniądze… Matryce pełnoklatkowe są droższe, a wówczas (rok 2003-2004) były cholernie drogie. Dziś ceny mocno zjechały, bo proces technologiczny jest lepszy i tańszy, a same matryce się spopularyzowały. Od czegoś trzeba było jednak zacząć. Z resztą rynek lustrzanek do dziś jest podzielony na aparaty pełnoklatkowe (FX) i aparaty z matrycą zbliżoną do formatu APS-C (DX).

prawiejakfotograf.pl
Nikon Nikkor AF 28-80 mm f/3.3-5.6G jako przykład obiektywu.

Obiektyw jaki jest, każdy widzi. Składa się z jakichś soczewek, pierścieni, przełączników, kilograma elektroniki schowanego dookoła, osłony przeciwsłonecznej… Generalnie odpowiedzialny jest za to, żeby światło wpadające do niego z przodu (a nie z boków, co obniża kontrasty – po to są osłony przeciwsłoneczne) przeszło przez niego i w względnie spójny sposób wyszło z tyłu i trafiło na matrycę.

prawiejakfotograf.pl
Jak działa obiektyw… (oczywiście nie każdy ma tyle pierścieni i przełączników, zasada jest jednak taka sama).

Producenci obiektywów także zareagowali na ten podział i zaczęli oferować obiektywy projektowane typowo pod matryce DX, twierdząc że one są super dopasowane, idealne i najlepsze do takich aparatów. Moim zdaniem, są one po prostu tańsze w produkcji i sam proces jest mniej wymagający. Ale czym tak w ogóle różnią się takie obiektywy od obiektywów stosowanych dla pełnych klatek? Na pewno zakresami ogniskowych, zwłaszcza przy szerokich kątach. Jeżeli ekwiwalent dla pełnej klatki to wynik mnożenia ogniskowej przez mnożnik, to obiektyw o zakresie 18-55 mm w zasadzie nie jest obiektywem super szerokim (18 mm x 1,5 = 27 mm) – 27 mm na pełnej klatce to jest szeroko, ale bez przesady… ;) Chcąc więc uzyskać na prawdę szeroki kadr, trzeba przy aparatach DX-owych sięgnąć po Sigmę 10 – 20 mm lub Tamrona 10 – 24 mm. Druga istotna różnica, to obszar jaki jest „oświetlany” przez obiektyw. Dla mniejszych matryc (DX) można w obiektywie zawęzić ten promień pola jakie jest oświetlane, co na pewno obniża koszty produkcji obiektywu.

I teraz ważna uwaga, głównie dla posiadaczy aparatów z matrycami pełnoklatkowymi (wierzę, że to był świadomy wybór i poniższa uwaga Was nie zaskakuje): należy uważać przy zakupie obiektywu na to, czy jest on stworzony pod matryce pełnoklatkowe! Jeśli kupimy obiektyw stworzony pod matryce DX, to może nam on nie oświetlić całej matrycy, tak jak w poniższym przykładzie (oznaczenia u góry dotyczą obiektywu, oznaczenia na dole dotyczą matrycy):

prawiejakfotograf.pl
Wykorzystanie obiektywów DX i FX na matrycach różnej wielkości.

Matryca FX ma szerokość 36 mm (przekątną ponad 43 mm), matryca DX jest mniejsza, zatem obiektyw typowo DX-owy będzie oświetlał mniejszy obszar, co na matrycy FX-owej może objawić się w postaci winietowania lub wręcz czarnych obszarów. Zobaczmy to na przykładach:

Baconsthorpe, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl
Tamron SP AF 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II LD Aspherical (IF) na pełnej klatce.
prawiejakfotograf.pl
Sigma 30 mm f/1.4 EX DC HSM na pełnej klatce

Ale… może się zdarzyć tak, że taki obiektyw będzie sobie całkiem nieźle radził na pełnej klatce, przykładem jest chociażby… Tamron 10 -24, który po zmianie ogniskowej (powyżej 13 – 14mm) pokrywa już pełną klatkę!

Cambridge, England, United Kingdom, prawiejakfotograf.pl
Tamron SP AF 10-24 mm f/3.5-4.5 Di II LD Aspherical (IF) na pełnej klatce przy 14 mm.

Przykładowy Tamron 10 – 24 mm z aparatem DX ma ekwiwalent ogniskowych (dla Nikona) 15 – 36 mm, natomiast podpięty do aparatu pełnoklatkowego ma zakres ogniskowych 10 – 24 mm, z czego użytecznych 13 – 24 mm i to jest szeroki kąt!

EDIT: A tak sobie radzi Nikkor 35 mm 1.8D na pełnej klatce!

Ok, mniejsze matryce – taniej, obiektywy o mniejszych wymaganiach – taniej, itd. Są jednak jeszcze inne różnice a główną chyba różnicą, która skłania dziś ludzi do wyciągania większej gotówki z kieszeni, jest jakość uzyskiwanych zdjęć. Po prostu na pełnej klatce wszystko wygląda lepiej, głębia ostrości, plastyka obrazu jest inna, wspaniały bokeh… a przynajmniej mnie się tak wydaje ;)

PS. Szkoda, że średni format w wersji cyfrowej nie ma żadnego Volkswagena…


1) DSLR – Digital Single Lens Reflex, czyli cyfrowa jednoobiektywowa lustrzanka

powrót do akapitu

Jakiego ma zooma?

Hunstanton, prawiejakfotograf.pl

Z czasów wczesnego pojawiania się aparatów cyfrowych pamiętam jedno zasadnicze pytanie, które padało między wszystkimi posiadaczami cyfrówek: „Jakiego ma zooma?”. W zasadzie aparaty kliszowe (kompakty) też miewały zoomy, ale przynajmniej w moim otoczeniu królowały (do czasu pojawienia się pierwszych cyfrówek) głównie kliszaki z obiektywami bez zooma (i bez autofocusa) – zoomy pojawiły się wraz z cyfrówkami (oczywiście miałem świadomość istnienia obiektywów zmiennoogniskowych, nawet w ówczesnych lustrzankach, ale jakoś nie było mi dane posiadanie takowego). Generalnie pytanie o zooma było takim już ostatecznym pytaniem i odpowiedź na nie mogła dany aparat wynieść na piedestał jak i kompletnie go pogrzebać…

prawiejakfotograf.pl
Konica Minolta Dimage Z10 – oszałamiające 3.2 megapiksela!

No to jakiego macie zooma? Ja miałem aparat z zoomem 8x, koleżanka 6x, kolega 4x, a jeden nawet 12x! Tylko, że to nic nie mówi… prawie. O wiele lepszym sposobem jest podanie zakresu ogniskowych, tyle tylko że ze względu na różne wielkości matryc1) i ta wartość była delikatnie mówiąc, z pomiędzy pośladków. Na szczęście producenci nie podawali (zazwyczaj) faktycznej długości ogniskowej, tylko ekwiwalent dla małego obrazka (czyli standardowej wielkości klatki – 36 x 24 mm, zwanej dziś, po erze malutkich matryc, pełną klatką) bo ta wartość zawsze była większa, a nie od dziś wiadomo, że więcej znaczy lepiej. Miałem zatem aparat z zakresem ogniskowych (ekwiwalentu dla pełnej klatki) 36 – 290 mm. Teraz kalkulatory w dłoń i dzielimy 290 mm przez 36 mm – ile wyszło? Dlatego własnie producent mojego aparatu nakleił na niego wielką naklejkę „Zoom 8x!”. No i fajnie, tylko teraz mając aparat czy obiektyw z zoomem 4x nadal nic o nim nie wiemy…

No ale co to w ogóle jest ogniskowa? Najprościej chyba cofnąć się do dzieciństwa po lupę w słoneczny dzień…

prawiejakfotograf.pl
Nie bawcie się tak latem w lesie…

…i koniec filozofowania, to po prostu odległość od układu soczewek do miejsca, w którym skupiają one swoje promienie. Ale czy to nam cokolwiek mówi o właściwościach obiektywu? No niby nadal nie (chociaż zakładając, że jakieś doświadczenie już mamy oraz biorąc pod uwagę, że producenci zawsze2) podają ekwiwalent ogniskowych dla małego obrazka, możemy już conieco wywnioskować). Skoro wszystko w fotografii sprowadza się do małoobrazkowej kliszy, weźmy taką kliszę…

prawiejakfotograf.pl
Klisza z klatkami obrazu

Na szczęście prawdziwe klisze, nawet te najgorsze, precyzję wykonania miały na wyższym poziomie ;) Klisza w aparacie wędrowała ciągnięta przez zębate rolki, zatrzymywała się co kilkadziesiąt milimetrów i w momencie wykonywania zdjęcia tworzyła się klatka z obrazem. Klatka miała te 36 mm szerokości i 24 mm długości – a jaką miała przekątną? Mi wyszło że 43,27 mm. No to lecimy dalej…

prawiejakfotograf.pl
Klisza w trakcie naświetlania…

Jak widać powyżej, obiektyw o ogniskowej h rzuca światło na powierzchnię kliszy. Przyjmijmy że wysokość od obiektywu (czyli ogniskowa) jest równa przekątnej klatki, czyli 43 mm (tak naprawdę nie jest to moje założenie, poza tym to tylko punkt wyjścia). No to liczymy…

prawiejakfotograf.pl
Bardzo skomplikowane obliczenia na poziomie szkoły podstawowej

Wyszło mi, że tangens alfa równe jest 0,5 – wziąłem do rąk tablice matematyczne i okazuje się, że alfa wynosi ok 27 stopni. Liczyliśmy dla połowy trójkąta (żeby mieć trójkąt prostokątny), więc mnożymy wynik razy dwa, co daje nam  2 x alfa ok 54 stopni, zatem obiektyw o ogniskowej 43 mm dla pełnej klatki ma kąt widzenia (po przekątnej klatki) ok 54 stopni – taki kąt widzenia dla obiektywu przyjęło się uważać za standardowy (Wikipedia mówi, że 53 stopni). Jeżeli obiektyw ma szerszy kąt widzenia (krótszą ogniskową) jest obiektywem szerokokątnym, jeżeli kąt widzenia jest mniejszy (dłuższa ogniskowa) mamy do czynienia z teleobiektywem. Oczywiście jest to skrót myślowy, bo przecież popularny obiektyw kategorii „must have”, czyli 50 mm stałka, byłby wg tego schematu teleobiektywem (a nie jest), ale taka jest ogólna zasada.

No ale co z tym zoomem? Teraz to już będzie całkiem z górki… Obiektyw o zakresie ogniskowych 18 – 55 mm ma zoom (kalkulatory w dłoń) 3x, obiektyw o zakresie ogniskowych 70 – 200 mm ma zoom… 3x. Czy by to były takie same obiektywy?! Wiedząc już jak ogniskowa przekłada się na kąt widzenia, oczywiście odrzucimy ten bzdurny pomysł, bo wiemy że pierwszy z nich jest obiektywem od szerokiego kąta, poprzez standardowy, na lekkim tele skończywszy (chociaż 55 mm dla pełnej klatki zaliczyłbym jeszcze do standardowych ogniskowych) a drugi jest obiektywem od lekkiego tele, do dość konkretnego… Dlatego właśnie pytanie „jaki ma zoom” i jakakolwiek na nie odpowiedź jest (w gruncie rzeczy) bez sensu.

Skoro „zoom” jest bez sensu, to wróćmy do ogniskowych. Ze względu na różne wielkości matryc rzeczywiste ogniskowe (np. zapisane w exifie) niewiele nam mówią, np. poniższe zdjęcie:

#NPC, prawiejakfotograf.pl
Ogniskowa 4,99 mm! Kodak CX 6200. Przy jego matrycy wielkości skrawka paznokcia był to ekwiwalent 37 mm dla pełnej klatki.

Dopiero sięgnięcie do specyfikacji aparatu nam powie coś więcej – jest tam napisane, że aparat robi zdjęcia z ogniskową 37 mm w ekwiwalencie dla małego obrazka. Podobna pułapka czeka naz przy popularnych matrycach formatu DX (zbliżonego do APS-C), np. to zdjęcie:

prawiejakfotograf.pl
Niby 300 mm, ale tak naprawdę 450 mm, bo była to matryca DX, dla której mnożnik wynosił 1,5 x.

No ale może lepiej pokazać te ogniskowe na jakimś mniej odrealnionym obiekcie…

prawiejakfotograf.pl
Nikon D50 (APS-C) i Tamron 55-200 @ 200 mm (ekwiwalent 300 mm dla pełnej klatki)

I zdjęcie z tego samego miejsca chwilę później…

prawiejakfotograf.pl
Nikon D50 (APS-C) i Tamron 55-200 @ 55 mm (ekwiwalent 82,5 mm dla pełnej klatki)

I z drugiej strony kąty ekstremalnie szerokie, w poniższym przykładzie aparat stał ze dwa metry przed nami, może trzy…

Hunstanton, prawiejakfotograf.pl
Tamron 10 – 24 @ 13 mm – i to na pełnej klatce, czyli faktyczne 13 mm.

Myślę, że na tym możemy zakończyć dzisiejszą lekcję – zapamiętaj, że liczy się tylko ogniskowa (a właściwie jej ekwiwalent dla pełnej klatki). O ogniskowych jeszcze tematu chyba nie wyczerpałem, ale nie wszystko na raz…


1) Istnieje wiele różnych wielkości a nawet formatów matryc czy materiałów światłoczułych w ogóle. Najpopularniejsze to formaty 3:2, 4:3 i 1:1 (kwadrat). Matryce kwadratowe zazwyczaj znajdują się w aparatach średnioformatowych, matryce o stosunku boków 3:2 głównie w lustrzankach, a matryce 4:3 głównie w kompaktach. Wyjątkiem jest o ile pamiętam Olympus z Fuji, które postawiło na format 4:3 w ogóle i pakowali takie matryce także do lustrzanek. Wielkości matryc są generalnie różne, od „skrawka paznokcia” do wielkości listka papieru toaletowego włącznie ;) Najpopularniejsze w lustrzankach są wielkości zbliżone do formatu APS-C i do pełnej klatki. Ilekroć mówimy o formacie APS-C mamy na myśli format Advanced Photo System type-Classic 25,1 x 16,7 mm (były kiedyś aparaty kliszowe na mniejsze klisze niż standardowe, miał to być następca formatu zwykłej kliszy, o ile pamiętam to sama klisza też miała inną postać kasetki i była „fajniejsza”, ale się to nie przyjęło), natomiast mówiąc „mały obrazek”, „pełna klatka”, „format 135” lub „klisza 35 mm” mamy na myśli kliszę o szerokości 35 mm, na której aparat naświetla klatki 36 x 24 mm).

powrót do akapitu

2) Producenci w momencie wprowadzenia na rynek pierwszych cyfrowych lustrzanek przestali na obiektywach przeliczać ogniskowe. W zasadzie ma to swoje plusy i minusy. Minusem jest to, że zwykły użytkownik niezagłębiający się w szczegóły zdziwi się (a może nawet nie dostrzeże różnicy), że obraz z aparatów z matrycami wielkości APS-C jest powiększony względem obrazu z matryc pełnoklatkowych. To powiększenie waha się od 1,5 (Nikon) do 1.6 (Canon). Plusem braku podawania ekwiwalentu jest to, że do takich aparatów (z matrycą wielkości APS-C) można przypiąć normalny obiektyw pełnoklatkowy – byłoby dosyć dziwnie, gdyby na rynku pojawiać się zaczęły takie same obiektywy raz z oznaczeniem np. 28 – 80 mm, a raz  42 – 120 mm nie różniące się niczym, poza oznaczeniem ogniskowych. Wystarczy pamiętać że nasz aparat (o ile nie jest to pełna klatka) ma „jakiś mnożnik” i mnożyć ogniskową x 1,5 lub x 1,6.

powrót do akapitu

Kilka słów o czułości

prawiejakfotograf.pl

Pisałem już o czasie naświetlania, przysłonie, czas na czułość. Pamiętam jak lata temu jeden z moich przyjaciół zadzwonił do mnie z kraju odległego o tysiące kilometrów i zapytał „Marek – jakie ustawić ISO?”. Oczywiście stanąłem na wysokości zadania i odpowiedziałem najlepiej jak umiałem, czyli „K****, nie wiem.” ;) I w zasadzie wystarczyłoby dodać tu jeszcze słowo „najniższe” i zakończyć temat.

Czułość materiału światłoczułego kiedyś była realizowana poprzez zastosowanie odpowiednich chemicznych substancji, które mniej lub bardziej reagowały na światło, a zatem aby zmienić czułość materiału trzeba było po prostu założyć inną kliszę. Istnieje też sztuczka, którą można wykorzystać już po zrobieniu zdjęcia – wystarczy odpowiednie wywoływanie filmu i można z niego wyciągnąć trochę więcej, ale oczywiście nie pozostaje to bez wpływu na jakość zdjęcia.

prawiejakfotograf.pl
ISO 25600, f/4, 1/400 s

W dzisiejszych czasach czułość możemy sobie zmienić jednym guziczkiem i realizowana ona jest przez odpowiednie wzmocnienie sygnałów pochodzących z matrycy aparatu (czy raczej odpowiednie ich wzmocnienie zanim w niej powstaną, ale nie zagłębiajmy się w fizykę ciała stałego) – niestety wzmacniamy nie tylko sygnał użyteczny, ale też wszelkiego rodzaju zakłócenia. Dzieje się tak dlatego, że sygnał z poszczególnych pikseli nieco się różni od sygnałów z pikseli sąsiednich mimo rejestrowania „tego samego” światła, jeśli go dodatkowo wzmacniamy, to te różnice stają się łatwo dostrzegalne (w postaci szumu na zdjęciach).

prawiejakfotograf.pl
ISO 4000, f/4, 1/125 s

Po co zatem w ogóle zwiększać czułość, skoro niesie to za sobą straty w jakości? No bo jednak lepiej jest mieć zaszumione zdjęcie niż go nie mieć w ogóle. Zwiększając ISO w aparacie możemy użyć krótszego czasu naświetlania, zminimalizujemy zatem możliwość poruszenia zdjęcia, możemy także zwiększyć stopień przysłony jeżeli bardziej niż na jakości zależy nam na dużej głębi ostrości. Trzeba do tego podejść na zasadzie jednego wielkiego kompromisu. Oczywiście wszystko to w sytuacjach, gdy mamy za mało światła.

Generalnie najlepiej używać jak najniższej czułości, chyba że warunki zmuszają nas do jej zwiększenia. Sytuację może nam uratować stabilizacja obrazu w aparacie (pozwalająca na użycie dłuższego czasu naświetlania) lub statyw (pozwalający nam już zaszaleć) – oczywiście wszystko to w przypadku scen statycznych. W przypadku scen dynamicznych gdy brakuje światła, pomóc nam może lampa błyskowa lub… wysokie ISO.

prawiejakfotograf.pl
ISO 1800, f/4, 1/125 s, wyciągnięte w obróbce, lekko odszumione

I najważniejsze na koniec – przyjmuje się za punkt wyjścia ISO 100, co nie koniecznie jest natywną czułością naszej matrycy. Zmniejszanie ISO (50, 25…) powoduje zmniejszenie światłoczułości, zwiększenie ISO powoduje zwiększenie czułości (niesamowite – w końcu coś w fotografii, co rośnie wraz z opisującą to liczbą). Dwukrotne zwiększenie ISO, to dwukrotne zwiększenie czułości, dzięki czemu możemy dostarczyć do matrycy dwa razy mniej światła (poprzez krótszy czas naświetlania lub większy stopień przysłony, albo jedno i drugie). Przykładowo ISO 400, f/5.6 i 1/60 s da „tak samo” naświetlony obraz jak ISO 200, f/5.6 i 1/30 s oraz n.p. ISO 100, f/4 i 1/30 s (mam nadzieję, że nic nie pomieszałem).

P.S. Uwaga, należy uważać na wszelakie tryby „inteligentnej stabilizacji obrazu”. Takie opcje mają głównie aparaty kompaktowe i z reguły nie mają one nic wspólnego z fizyczną stabilizacją obrazu, a jest to ordynarne podbijanie czułości, mimo że tego nie chcemy.

Nieostre!

#GO, #akumulator, #eneloop, prawiejakfotograf.pl

Ostatnio pisałem Wam o zdjęciach ostrych i nieporuszonych, to dziś napiszę o nieostrości na zdjęciach, takiej nieostrości pozornej oraz takiej na własne żądanie.

Przede wszystkim wrażenie nieostrości na zdjęciach (pomijając ostatnio opisywane poruszenie zdjęcia, będące zazwyczaj techniczną usterką) może być powodowane przez brak kontrastu. Zdarzało mi się usłyszeć o jakimś zdjęciu opinię, że jest nieostre, podczas gdy tak naprawdę zdjęcie miało mały kontrast (lokalny, że się tak wyrażę). Ludzie lubią duży kontrast, koniec i kropka. Zdecydowana większość naszego społeczeństwa lubi wyciągnąć kolory i kontrasty, bo zdjęcie jest wówczas… kolorowe i kontrastowe. Zdjęcia o niskim kontraście wyglądają mdło, często szaro i nieciekawie, wrażenie to potęgują monitory, które dodatkowo mogą zaburzać ten obraz, jaki chciał Wam pokazać fotograf. Tyle tylko, że zdjęcie o niskim kontraście nie jest nieostre (oczywiście może być, ale to nie brak kontrastu świadczy o tym, choć może takie wrażenie potęgować). Jeżeli zatem ktoś narzeka na nieostrość zdjęcia, upewnijmy się, że nie chodzi o kontrast! Oczywiście zdjęcia o niskim kontraście w ogóle nie są złe, one są genialne, tylko (moim zdaniem) trudne do wykonania i nienajłatwiejsze w odbiorze.

#Wejherowo, #jesien, Wejherowo, pomorskie, Poland, prawiejakfotograf.pl
Zdjęcie o niskim kontraście, które pewnie uznasz za nieostre (wrażenie potęguje mała głębia ostrości).

Kolejnym czynnikiem wpływającym na odbiór ostrości jest ta faktyczna ostrość na zdjęciu lub jej kompletny brak. Może się zdarzyć tak, że aparat nie ustawi ostrości poprawnie lub przy ręcznym ostrzeniu sobie nie poradzimy, to oczywiste techniczne wady zdjęcia (zazwyczaj). Ciekawszym jednak aspektem ostrości jest jej głębia. Noalejakto…? Jak  głębia? Zdjęcia są przecież dwu wymiarowe, nie? Mają wysokość, mają szerokość i są na płaskiej kartce papieru lub płaskim ekranie, nie? No tak, ale właśnie głębia ostrości to jest ten środek wyrazu, który w fotografii ogarnia trzeci wymiar. Najprostszy przykład to zdjęcia portretowe, klasyka gatunku to głowa na rozmytym tle.

#Andrzej, Gdańsk, pomorskie, Poland, prawiejakfotograf.pl
Klasyka gatunku… Sigma 30 mm f/1.4

Dzięki odpowiedniemu manipulowaniu ostrością możemy obiekt naszych zainteresowań odciąć od tła i skupić na nim wzrok odbiorcy zdjęcia. Co więcej, możemy go też uwydatnić czyniąc nieostrymi przedmioty znajdujące się także przed nim, a zatem na nasze zdjęcie już będzie wpływać nie tylko to gdzie skierujemy obiektyw naszego aparatu, ale i jak głęboko w daną scenę „wejdziemy”!

Powyższy filmik kręciłem z użyciem przysłony f/5.6 (Nikkor 1.8G), natomiast poniższe zdjęcia robiłem już z przysłoną f/1.8 (można porównać różnicę głębi):

Skąd ta głębia ostrości się bierze? Jest jakiś naukowy bełkot na ten temat mówiący coś o krążkach rozproszenia i innych parametrach obiektywów, ale ja skupię się na tym, czym faktycznie regulujemy głębię ostrości – czyli na przysłonie. Na głębię wpływa także pośrednio perspektywa, a na perspektywę wpływa ogniskowa, można się zatem spotkać z opinią, że ogniskowa wpływa na głębię ostrości, tyle że aby zachować w kadrze nasz obiekt (załóżmy, że to portret i jest to głowa) zwiększając ogniskową musimy odejść dalej, a im dalej jest nasz obiekt względem aparatu, tym w większej głębi ostrości będzie się znajdował, co nieco niweluje nasz zamiar umieszczenia głowy w płytkiej przestrzeni ostrości. Owszem, można próbować, ale powyższe zdjęcie Andrzeja wykonałem obiektywem o ogniskowej 30 mm (co dla użytego aparatu jest odpowiednikiem 45 mm, zatem nie jest to zbyt duża ogniskowa).

Jak ostatnio się już okazało, czas naświetlania wpływa nie tylko na ilość światła, ale i (a może przede wszystkim) wpływa na zamrażanie lub rozciąganie czasu uchwyconego na zdjęciu, tak i przysłona wpływa nie tylko na ilość wpuszczanego światła. O ile zatem ilość światła na to pozwoli, możemy sobie przysłonę przymknąć bardziej i wydłużyć czas naświetlania tak, aby jednocześnie regulować „czas na zdjęciu” i głębię ostrości. Jak zmienia się głębia? Przymykając przysłonę (przymykamy, czyli otwór przysłony jest coraz mniejszy, a wartości coraz większe – idą kolejno od f/4 … f/5.6 … f/8 itd.) rozciągamy pole ostrości w przestrzeni, a zatem powiększamy głębię ostrości. Otwierając przysłonę dzieje się rzecz odwrotna – uzyskujemy płytką głębię, czyli tylko niewielka przestrzeń przed obiektywem będzie ostra. Poniżej przykład (nie są to kolejne stopnie przysłony, ale widać o co chodzi):

Od razu należy zaznaczyć, że głębia ostrości nie rozciąga się proporcjonalnie, czyli np. zwiększając przysłonę o ileśtam, nie dodajemy sobie po metr ostrości przed obiektem i metr za obiektem – o ile mnie pamięć nie myli, to rozkład ostrości jest 1/3 przed obiektem i 2/3 za obiektem (czyli głębia ostrości szybciej biegnie ku nieskończoności niż zbliża się ku aparatowi). Oczywiście w przybliżeniu, zależy to też w dużej mierze od tego jak skalibrowany jest sam aparat i jak dogaduje się on z danym obiektywem (jeśli ma tendencje do ostrzenia przed obiektem, to ten rozkład może wynosić np. 90% GO przed obiektem i 10% za nim, by zmienić się wraz ze zwiększaniem przysłony do rozkładu 40% GO przed / 60% za obiektem). Skok przysłony z f/4 do f/5.6 także nie daje proporcjonalnego powiększenia głębi ostrości jak skok f/11 do f/16 (i tu jeśli mnie pamięć nie myli, to przeskok na niższych stopniach powiększa głębię w mniejszym stopniu niż przeskok na wyższych stopniach przysłony). Generalnie zwiększanie stopnia przysłony powoduje powiększenie GO i jej „podróż” w kierunku „od nas w dal”. Do tego dochodzi jeszcze pewien efekt, którego nie umiem poprawnie opisać czy nazwać – chodzi o kształt granicy głębi (dla części obiektywów ta granica jest szeroka i obiekty powoli w głębię wchodzą i wychodzą, dla innych zaś głębia może być spora, ale zaczynać się i kończyć gwałtownie) – ciężko to opisać, ale wyraźnie to widać – plastyka niektórych obiektywów jest powalająca (dlatego tak lubię tą przeklętą Sigmę 30 mm, która strasznie kaprysi przy ustawianiu ostrości). No… i docieramy do pojęcia zwanego „bokeh”, ale nie będę go opisywał (mam wrażenie, że część fotografów mogłaby o nim prace magisterskie pisać, nawet o samej wymowie tego słowa) – generalnie chodzi o ładną… nieostrość w kadrze.

Zakopane, Lesser Poland Voivodeship, Poland, prawiejakfotograf.pl
Jeśli tylko ustawiłbym obiektyw na odległość hiperfokalną…

Warto tu wspomnieć jeszcze o pewnej ciekawostce, przydatnej przy fotografowaniu krajobrazów (zazwyczaj chcemy mieć wówczas całe zdjęcie ostre). Ustawiając ostrość na pewien odległy punkt oraz ustawiając przysłonę na wysoki stopień możemy uzyskać głębię ostrości wychodzącą „poza nieskończoność”, czyli jest taka przysłona i taka odległość dla danego obiektywu, gdzie nie ma już sensu ustawiać ostrości na dalszy plan, bo i tak wszystko będzie ostre, możemy natomiast ustawić ostrość na bliższy plan, korzystając z tej ogromnej ostrości za obiektem (czuję, że opisuję to bardzo niejasno). Ta enigmatyczna odległość, przy której wszystko za tym punktem jest ostre (a dzięki temu, że ów punkt mamy dość blisko siebie, to i większość przed nim jest ostre) to odległość hiperfokalna.

Generalnie jeśli chcecie uzyskać fajną, płytką głębię ostrości, użyjcie małej przysłony, jeśli to nie wystarcza, „dajcie zooma na maksa”, może to pomoże ;) Jeśli macie zamiar komórką zrobić zdjęcie z fajną GO, to zapomnijcie – niewiele modeli to potrafi, chociaż niektóre udają nieźle. No i oczywiście zapomnijcie o „dorabianiu głębi w fotoszopie” – coś tam się da, ale to nie to samo (a pracy przy tym, że ho ho).

Backup, archiwizacja i inne trudne słowa…

Co robimy po zrobieniu zdjęć? Zazwyczaj po prostu zgrywamy je „na komputer” i tyle. Czy to wszystko co możemy zrobić? Nie! Powinniśmy je jeszcze archiwizować i zbackupować!

Ludzie dzielą się na tych, co robią backupy i tych do dopiero będą je robić…

– niestety źródło nieznane

I teraz raz na zawsze powiem Ci mądrość życiową – należy robić kopie zapasowe istotnych dla nas plików („Thanks, Captain Obvious!”). Na pewno obiło Ci się o uszy jak kilka tygodni temu nawet w telewizji kilka osób apelowało do złodziei, o zwrot chociaż zdjęć (czy ogólnie danych) ze skradzionych sprzętów – oczywiście nie zamierzam tu bez cienia empatii przytaczać powyższej sentencji, zamierzam uczulić Cię – rób kopie zapasowe! Możesz dysponować najlepszym sprzętem, który padnie w najmniej oczekiwanym momencie. Możesz stać się ofiarą kradzieży, przepięcia w sieci, pożaru czy własnej głupoty – kopia zapasowa danych zmniejszy Twoje straty. Zanim jednak przejdziemy do kopii zapasowych…

#Gdańsk, prawiejakfotograf.pl
29 lipca 2004 roku. Moje pierwsze zdjęcie cyfrówką (trudno nie zauważyć, że przypadkowe) – o jego wartości nie dyskutujmy ;)

Backup i archiwizacja

Należy rozróżnić robienie kopii zapasowych od archiwizowania danych. Najprościej rzecz ujmując można powiedzieć, że nie zrobimy kopii zapasowej danych, póki ich nie zarchiwizujemy. Nasze dane (zdjęcia) powinniśmy sobie najpierw „zgrywając na komputer” jakoś zarchiwizować, czyli uporządkować. Najłatwiej stracić zdjęcia wtedy, kiedy porozrzucane są po całym naszym komputerze (oby tylko jednym), a my musimy się awaryjnie przenieść na inny. Zostałem poproszony przez kogoś kiedyś o odzyskanie zdjęć z uszkodzonego komputera – to co na nim zastałem spowodowało, że zacząłem sobie zadawać jedno, ale ważne pytanie… „O co tu chodzi, w ogóle!?”. Zdjęcia były na pulpicie, na dysku C, dysku D, dysku E, w moich dokumentach itp. W trakcie analizy okazało się, że pliki często mają takie same nazwy, foldery nazywają się „Nowy folder” (z kolejnymi numerami) a nawet zdjęcia o różnych nazwach okazywały się być tymi samymi obrazkami.

prawiejakfotograf.pl
9 sierpnia 2006 roku. Ładne zdjęcie z archiwum…

Ja kupując swój pierwszy komputer wiedziałem, że posłuży mi on między innymi do fotografii i kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem pierwszej cyfrówki przyjąłem zasadę, której trzymam się do dziś: zdjęcia w jednym miejscu uporządkowane w foldery wg dat. W trakcie tych kilkunastu lat zastanawiałem się nad innym porządkiem, ale zawsze się okazywało, że foldery wg dat są najlepszą opcją. U mnie wygląda to tak:

Ścieżka folderów
X:\FOTO\2015\2015-12\2015-12-01 Mini Cooper s\

Dysk X, katalog FOTO, rok, rok-miesiąc, rok-miesiąc-dzień i nazwa – taki układ ma przewagę nad układem „2015\12\01 nazwa” – kopiując cały miesiąc czy pojedynczy dzień w nazwie katalogu jest pełna data. Nazwę wydarzenia dodaję tak… z grubsza, żeby się zgadzało względnie tematycznie (nie zdarza się często aby jednego dnia fotografować chrzciny i ślubny plener – nam się zdarzyło raz). Teraz pozostaje nazwa pliku – zmieniać czy nie, oto jest pytanie. Ja przyjąłem, że nazwy plików będę zmieniał (nazwy zmieniają się automatycznie w trakcie importu zdjęć do Lightrooma, którego używam do katalogowania i obrabiania zdjęć), ostatnio też wprowadzam w tym zakresie pewne modyfikacje. Przy pierwszym zgrywaniu zdjęć stosuję takie zmiany:

Przejściowa nazwa pliku
xnb 2011-07-09 17-33-19 NIKON D50 DSC_1671.dng

Prefiks, data, godzina, model aparatu, oryginalna nazwa pliku. Taki układ pozwala mi oddzielić szybko zdjęcia nasze od obcych (prefiks) oraz ułożyć je wg czasu. Tak nasze od obcych, ponieważ w moim archiwum przechowuję też zdjęcia udostępnione nam przez naszych znajomych (z jakichś wspólnych wydarzeń) albo zdjęcia od fotografa z naszego własnego ślubu. Nasze zdjęcia po zgraniu są selekcjonowane, po ostatecznej selekcji zmieniam nazwy plików ponownie, tym razem przyjmując krótszy format:

Ostateczna nazwa pliku
PJF15365_001.dng

Prefiks, data (rok i kolejny dzień roku), kolejny numer zdjęcia. Do takiej skróconej nazwy czasami doklejam jeszcze jakiś sufiks, jeżeli zdjęcie zostało zmniejszone lub poddane jakiejś dodatkowej obróbce i występuje w kilku wersjach. Ten patent stosuję od niedawna i jeszcze niewiele zdjęć zostało nim objętych.

prawiejakfotograf.pl
13 września 2011 roku. Zdjęcie autorstwa mojej matki, zarchiwizowane (z backupem) u mnie ;)

Teraz dopiero można planować zrobienie backupu… Najlepiej i najprościej jest do tego wykorzystać zewnętrzny dysk (albo dwa). Widziałem ostatnio w markecie dysk 1TB za 199 zł – można i taki, ale umówmy się… kupuj dyski twarde firm, które produkują… dyski twarde. Są firmy, które wydają się być producentami wszystkiego a okazuje się, że tylko „przyklejają” swoje logo na produkt „no name”. Załóżmy jednak, że masz już dysk. Podłącz go, zgraj zdjęcia, odłącz (nie zapomnij o bezpiecznym odłączaniu) i schowaj. I najważniejsze – nie kasuj zdjęć z komputera, bo cały Twój backup już nie byłby kopią zapasową, tylko archiwum. Jeżeli chcesz te zdjęcia usuwać z komputera, zrób ich kopię na drugi dysk, lub nagraj na CD/DVD/BD.

Oczywiście nie mówię Ci, że jestem ideałem i nigdy nie utraciłem żadnego zdjęcia! Oczywiście że to się stało, ale stało się to bo nie wykonałem kopii, bo nie zarchiwizowałem zdjęcia wg swojego schematu, bo zapomniałem, bo coś tam, coś tam… Z biegiem czasu zacząłem się to tego bardziej przykładać i teraz utrata wszystkich moich zdjęć musiałaby wiązać się ze zbiegiem bardzo wielu niesprzyjających okoliczności.