Solina, Sanok i Mokre

#Bieszczady, #UAZ, prawiejakfotograf.pl

Drugi dzień pobytu w Bieszczadach zaczął się od deszczu (zgodnie z prognozą, niestety). Najbardziej ten deszcz niepokoił nas w związku z planami na wieczór, ale o tym za chwilę. Pojechaliśmy zatem najpierw na zaporę w Solinie. Byliśmy tam rano, więc nie było problemów z parkowaniem (wygodnie przy samej tamie, ale drogo, jak wracaliśmy to parking był już pełniutki). Sama zapora… no cóż, nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia (wnętrza nie zwiedzaliśmy, trzeba się wcześniej umawiać). Poza tym dookoła straganiarstwo, na każdym straganie te same gadżety. Po krótkim spacerze i szybkiej kawie – Sanok. W Sanoku jest fajnie, chociaż śmiesznie się jeździ, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby po taniości niektóre dwukierunkowe ulice przerobić na jednokierunkowe (przynajmniej tak to wygląda) i jeśli chcesz pojechać do Biedronki a trzymasz się prawego pasa to dupa, bo potem jest linia ciągła i bez łamania przepisów trzeba objechać „cały Sanok”, żeby zrobić drugie podejście ;) W Sanoku oczywiście zamek i wystawa Beksińskiego, potem obiad w Barze Alternatywnym i jedziemy w Bieszczady! No właśnie… na późne popołudnie byliśmy umówieni na przejażdżkę UAZ-ami po Bieszczadach – warunkiem tylko była dobra pogoda, ale na szczęście nie padało… przynajmniej na początku. UAZ to dość surowy samochód – ma koła, siedzenia, drzwi i w zasadzie tyle – nie ma okien (w sensie szyb po bokach) stąd jazda w deszczu to niesamowite emocje (tak, w trakcie naszej przejażdżki się rozpadało, ale nic to). Przewodnik zabrał nas na pogranicze Bieszczadów i Beskidu Niskiego, opowiedział o okolicy, o historii, o wysiedleniach, o Bieszczadzkich zakapiorach i przede wszystkim pokazał nam Bieszczady. Tyle zwierząt jednego dnia, to nie widziałem nigdy! Może na zdjęciach ich nie zobaczycie za wiele, bo bałem się wypaść z aparatem (oj trzeba się było trzymać w trakcie jazdy), ale zapewniam Was – była ich cała masa (nie, niestety wilków nie było widać). Jeździliśmy przez łąki, pola, rzeki…

prawiejakfotograf.pl

Po przejażdżce UAZ-ami był powrót do Zawozu – w deszczu, ciemności i bez działającej nawigacji, ale już po dwóch godzinach byliśmy w domku ;) Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.

Bieszczady

#Bieszczady, prawiejakfotograf.pl

Znacie to… długo, długo nic i nagle bum! Jest jakiś wyjazd, są tysiące zdjęć. Nie inaczej jest u nas. Tym razem udało nam się w końcu rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady. Zdjęcia podzielę na kilka wpisów, bo jest tego sporo. Na początek Zawóz – miejscowość, w której stacjonowaliśmy.


W Bieszczadach jest wszędzie dobrze i wszędzie daleko. My zdecydowaliśmy się na miejscowość mniej turystyczną, żeby mieć spokój. Poza tym chcieliśmy poza Bieszczadami zwiedzić też Sanok i Solinę, więc nasz nocleg był po środku wszystkiego (i niczego za razem). Oczywiście nie wyobrażam sobie jechać tam bez samochodu. Jakby ktoś z okolic Gdańska się wybierał, to polecam start wieczorem (my wyruszyliśmy po północy, chociaż warto już koło 22:00). Podróż na miejsce zajęła (z wieloma przystankami) z Wejherowa ok. 15 godzin, ale po przyjeździe okazało się, że nie padamy na ryjki tak bardzo, żeby się nie przejść po okolicy, więc jak tylko się rozpakowaliśmy to poszliśmy zwiedzać okolicę. Dodam, że najwięcej czasu po drodze zeszło na końcu trasy – do Kielc dojechaliśmy w niespełna 7 godzin, tylko potem ruch na drogach się już wzmógł a i drogi były gorsze (kręte), no i zmęczenie robiło swoje. Wracając nocą przez te tereny poszło zdecydowanie szybciej. Zawóz i okolice dały nam się poznać wspaniałymi widokami, lokalnym sklepikiem do którego samochodem bym się jechać nie odważył (taka droga leśna, że masakra) i zasięgiem internetu w Playu (bez problemu łapało LTE).

Po szybkich zakupach była kolacja (grill), kąpiel i spanie, następnego dnia… Reszta wpisów znajdować się będzie pod tagiem #bieszczady.