Jak się nie udało, to zrób czarnobiałe

Jakbym był w stanie wysyłać wiadomości do siebie samego w przeszłość, to poza numerami totolotka i kilkoma innymi, ważnymi informacjami, wysłałbym sobie jeszcze coś, mianowicie… „Marku, edycja zdjęć to nic złego, możesz to robić… no przynajmniej do póki nie bierzesz udziału w konkursie World Press Photo.”. Czytaj dalej…

Na samym początku mojej przygody z fotografią bawiłem się doskonale. Używając prymitywnego aparatu na kliszę fotografowałem m.in. inwazję obcych w Gdańsku (UFO na szkle, naniesione na krajobraz miejski), klonowałem ludzi (używając wielokrotnej ekspozycji lub długiego czasu naświetlania i lampy błyskowej w mojej pierwszej lustrzance) czy też korzystałem z czegokolwiek co mogło być obiektywem – np. soczewki z projektora Ania. Pamiętam, że wówczas rządził kolor – praktycznie nie było już w sklepach (poza fotograficznymi) czarnobiałych klisz. W zasadzie nie było ich już nawet gdzie wywoływać. Wszędzie były już automatyczne laby, które z jednej strony pochłaniały klisze, a z drugiej wypluwały kolorowe odbitki. Za wszystkim stał proces C-41. Były lata dziewięćdziesiąte.


Borowo

Proces C-41 był jak przepis na kruche ciasto z malinami i lekką budyniową pianką – trzymasz się przepisu i temperatury, ciasto zawsze się udaje… to po co nam inne ciasta? Ten proces praktycznie wyparł z rynku wszystko, a już w ogóle klasyczną czarnobiałą obróbkę opartą na srebrze. I jak tu zrobić czarnobiałe zdjęcia?! Rozwiązaniem były czarnobiałe filmy do kolorowego procesu C-41! Pamietam, że sam korzystałem z filmów Konica Monochrome VX400. To było tak (tłumaczę tym młodszym, co to nie wiedzą czym był Walkman i jaki związek ma kaseta magnetofonowa z ołówkiem), że zakładało się kliszę do aparatu i robiło zdjęcia – 24 lub 36 (nigdy nie spotkałem kliszy na 12 zdjęć, ale podobno były). Te 36 zdjęć (bo kupowanie 24 było nieopłacalne) robiło się od początku do końca kliszy i praktycznie nie zmieniało się kliszy na czarnobiałą w trakcie (technicznie możliwe, ale ryzykowne i problematyczne). Można było założyć potem czarnobiałą kliszę i zrobić całą rolkę czarnobiałych zdjęć… Pamiętam jak w lokalnym punkcie przy odbieraniu odbitek, pani wyraźnie poprosiła żeby sprawdzić, czy wszystko ok ze zdjęciami, jak oddałem tam pierwszą czarnobiałą kliszę do procesu C-41. Ha, wydało się… oglądała wszystkie nasze zdjęcia! Z resztą… domyślaliśmy się.

Las

A potem przyszła era cyfrowa i się zrobiłem dziwnie zero-jednykowy. Aparat cyfrowy praktycznie zawsze robił zdjęcia kolorowe. Owszem, dało się ustawić, żeby dane zdjęcie było czarnobiałe, ale jakoś o tym zapominałem i potem, przy obróbce zacząłem wyznawać dziwną zasadę, że skoro było robione kolorowe, to ma być kolorowe… Powstawały wówczas też pierwsze polskie fora internetowe i one utwierdziły mnie w tym schemacie, ponieważ nie zgadzałem się z teorią „nie udało się, to przerób na czarnobiałe”. Ubzdurałem sobie, że zdjęcia czarnobiałe będę robił czarnobiałe wówczas, gdy w trakcie robienia zdjęcia tak pomyślę, a nie żeby się ratować. Nie dość, że zamknąłem sobie tym drogę do kreowania ciekawych obrazów, to jeszcze wystawiłem się na nieprzychylne spojrzenia moich modeli, którzy mówili „a zrób mi to na czarnobiało” (co mi wręcz przepalało styki w mózgu).

Słowackiego

I teraz na nowo zaczynam patrzeć na brak koloru. Czy zdjęcie przerobione na czarnobiałe to zawsze próba ratowania kadru? Nie! Oczywiście, że także można się ratować taką przeróbką (zwłaszcza, jak mamy zdjęcie niedoświetlone lub poruszone, z dużym szumem), ale… Marku, edycja zdjęć to nic złego, możesz to robić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *