Kolejnego dnia, pamiętając że góry nie są jednak dla grubych ludzi, ograniczyłem się do odstawienia załogi na miejsce, sam zaś leniuchowałem. Miejscowość Wołosate, dalej praktycznie nie ma już niczego. Parking ok 11:00 był jeszcze w miarę wolny, koszt o ile pamiętam 13 zł. Dalej są jeszcze jakieś dzikie miejsca lub wzdłuż drogi ludzie parkują, ale przy tych mijających się busikach lepiej było zapłacić niż zbierać lusterko z ulicy. Poza tym przy parkingu była bezpłatna toaleta oraz drewniany stół z ławkami. Ja skupiłem się na czytaniu, Andrzej na nawigacji i łączności. Mówił, że 1,5h się wchodzi. Krótkofalówki się względnie sprawdzały (chociaż jak weszli w gęsty las, to dupa zbita), zasięgu sieci komórkowej brak. Po 3h, kiedy to zdążyłem już przeczytać pół książki, zwiedzić toaletę i sklep, a nawet zaliczyć drzemkę w aucie, udało się nawiązać łączność ze szczytem :) Na jednym z tych zdjęć widać zresztą parking i przy powiększeniu 1:1 (oryginału) widać dużą czerwoną kropkę między rzędami samochodów – to ja, zdalnie sterowany krótkofalówką ;) (oczywiście w tych warunkach łączność była bardzo dobra mimo odległości 3,5 km). Wrócili po ponad 5h, zdążyłem się jeszcze zdrzemnąć. Nie muszę chyba dodawać, że zdjęcia robiła tym razem tylko Dorota – dlatego jest ich tak dużo (wszystkie mi się podobają, nie byłem w stanie zrobić ostrzejszej selekcji).

Reszta wpisów znajduje się pod tagiem #bieszczady.


Dorota i Marek

Dorota i Marek

Nie oszukujmy się, najlepiej wychodzi nam razem! Idealnie się uzupełniamy, jesteśmy w stanie się rozdwoić, dzięki czemu potrafimy uchwycić dwa razy więcej! ;) Każde z nas ma swoje spojrzenie i każde ma inny punkt widzenia. Oczywiście robimy też dwa razy więcej zamieszania i musimy dźwigać dwa razy więcej sprzętów :P A na koniec jest wielka wojna przy selekcji zdjęć ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *